La Sesame, czyli skarbiec moich książek i kilka słów o nich :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

Miasto Niebiańskiego Ognia

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Cassandra Clare - "Miasto Niebiańskiego Ognia"

Czasami zastanawiam się, co sprawia, że niektóre książki podobają mi się bardziej niż inne. Czy jest to oryginalna fabuła, pomysł, bohaterowie z krwi i kości, piękny język...? Od lat stanowi dla mnie zagadkę, dlaczego czasem słabo napisane książki z ciekawą akcją zachwycają mnie bardziej niż światowa klasyka. Na szczęście czytając ostatni tom „Darów anioła“ nie zastanawiałam się nad tym wiele, bo książka wszystkie te kryteria posiada na podobnym poziomie.

„Dary anioła“ zaczęłam czytać kilka lat temu, kiedy panował jeszcze powszechny szał na wampiry, anioły i paranormal romance, a niemal wszystkie nastolatki padały jego łatwymi ofiarami. Seria zachwyciła mnie swoją oryginalnością - naprawdę, wśród wszystkich innych zmierzchopodobnych romansideł była bardzo oryginalna - na tyle, że kontynuuję swoją przygodę do dzisiaj. W międzyczasie brałam udział w cudownym Zlocie Nocnych Łowców, pędziłam do kina na film (który, swoją drogą, jest naprawdę słaby) i płakałam na zakończeniu „Mechanicznej Księżniczki“, można więc uznać, że twórczość pani Clare traktuję jak starą przyjaciółkę.

„Miasto Niebiańskiego Ognia“ opowiada o ostatniej już przygodzie Jace’a, Clary i ich przyjaciół (a przynajmniej mam taką nadzieję, bo trzeci tom też miał być tym ostatnim). Tym razem muszą się oni zmierzyć z demonicznym bratem Clary, Sebastianem, który za pomocą piekielnej wersji Kielicha Anioła zamienia Nocnych Łowców w swoją własną armię Mrocznych i zamierza z ich udziałem zniszczyć cały świat. Może opis ten nie wbija w fotel, ale pani Cassandrze trzeba przyznać jedno - ma mnóstwo pomysłów i nawet z tych najprostszych potrafi konstruować świetne, nierzadko piękne czy wzruszające historie. Tak było i tym razem, bo choć może powstrzymywanie świata przed złem nie jest czymś nowatorskim w fantastyce, tylko ta autorka mogła powiązać głównych antagonistów, Clary i Sebastiana, tyloma dziwnymi związkami i okraszyć całą opowieść taką liczbą pobocznych wątków czy sekretów.

Ciężko powiedzieć, co najbardziej urzeka w książce: bohaterowie, język czy ogólna treść. Świetny jest z pewnością styl pisania autorki: płynny, melodyjny, poetycki. Czytając opisy i monologi pani Clare ma się wrażenie, że czyta się poezję; krajobraz ukazuje nam barwnie, przy pomocy wielu dźwięcznych epitetów, jakby okiem artystki. Narrator zwraca uwagę na szczegóły często niedostrzegalne przez przeciętnych ludzi, podkreśla kolory, linie, kontrasty - jakby widział w rozgrywających się scenach obrazy. Osobiście uwielbiam ten sposób pisania, bo dzięki niemu książka staje się zdecydowanie bardziej wartościowa; czyta się ją z przyjemnością, jakby płynęło się przez słowa, a żadne zdania nie przemykają bez zrozumienia przed oczami. Podobnie jest z wypowiedziami bohaterów: autorka ma bardzo charakterystyczny sposób ich (wypowiedzi) kreacji, są słodko - gorzko - refleksyjne, często także pełne sarkastycznego poczucia humoru. Mistrzem przemów jest oczywiście Jace - jego monologów wprost nie sposób nie pokochać ;)

Sami bohaterowie i ich kreacja też są niczego sobie - każdy z nich jest inny, ma indywidualny wygląd, charakter, osobowość. Choć autorka ma niekiedy silną skłonność do idealizacji, można jej to wybaczyć, bo niektóre postacie wynagradzają wszystkie inne. Naprawdę trudno jest przejść obojętnie obok Jace’a, który, moim zdaniem, jest jednym z najlepszych męskim bohaterów, zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy królują błyszczące wampiry, niewyżyci seksualnie masochiści lub po prostu plastikowi, bezbarwni chłopcy jak z plakatu. Sarkastyczny, arogancki, zarozumiały, udręczony, a jednocześnie szczery, wrażliwy i do bólu oddany Jace jest wśród nich jedynym jasnym punktem na horyzoncie, mieszanką wybuchową, która nadaje charakteru każdej scenie. W tej części był on nieco bardziej wyidealizowany niż w poprzednich, ale mimo wszystko ma w sobie to coś, co klasyfikuje go do jednego z moich ulubionych bohaterów. Za żeńskimi postaciami nie przepadam - ani Clary, ani Isabelle mnie nie urzekły; lubię za to Magnusa i Aleca, choć nie do końca pasuje mi jakoś ich parring. Cassandra była jedną z pierwszych autorek młodzieżowych, które wprowadziły do swojej powieści tyle wątków homoseksualnych i muszę przyznać, że czasami dziwnie mi się je czytało, choć wcale nie jestem nietolerancyjna ;)

Największym chyba jednak plusem jest fakt, że autorka stworzyła w swojej serii całkiem nowy świat, inny niż wszystkie dotychczasowe; na kartach jej powieści zrodziło się ogromne społeczeństwo z własnymi prawami, hierarchią, krajem i urzędami, o strukturze rozbudowanej niemal jak u czarodziejów Rowling. Nocni Łowcy są specyficznym narodem: przywiązanym do tradycji, silnym, bezwzględnym, z jednej strony monumentalnym i szczycącym się swoim pochodzeniem, a z drugiej tak ludzkim, jak się tylko da; postacie Clare są wrażliwe, emocjonalne, kochające do bólu i nienawidzące do oporu. Niewiele raczej można spotkać ludzi, którzy są tak mądrzy i skłonni do poświęceń jak oni, z tak wielkimi celami i światłymi ideami. Jednocześnie możemy przyglądać się, jak społeczeństwo żyjące w nowoczesnym świecie niszczą skostniałe poglądy i średniowieczna mentalność całego narodu. Fantastyczny świat wymyślony w oparciu o biblijne motywy jest nieco przestarzały, co tylko dodaje mu uroku: serafickie miecze, łuki, długie suknie, łacina - wszystko to tworzy niezapomniany klimat, od którego ciężko się oderwać.

„Miasto Niebiańskiego Ognia“ to typ literatury, którą uwielbiam. Szalone przygody, piękny język, emocje na każdym kroku i pełnokrwiści bohaterowie tworzą mieszankę, która zapewnia książce miejsce na półce wśród moich ulubionych pozycji. Kocham miliony biblijnych motywów, cytaty, legendy, odwołania w tytułach rozdziałów, które tworzą tę klimatyczną, mądrą książkę. Finał serii okazał się może nieco mniej krwawy i tragiczny niż się spodziewałam, powiedziałabym nawet, że trochę amerykański, jednak wachlarz różnorodnych bohaterów, poetycka proza i ogólna atmosfera książki satysfakcjonują mnie jak najbardziej. Gorąco polecam i daję ocenę 6/6.

wtorek, 31 marca 2015

Strażnicy historii

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

D. Dibben - "Strażnicy historii: Chiński Ekspres"

      Zawsze byłam rozdarta między dwiema rzeczami. Z jednej strony kusił mnie pomysł rzucenia wszystkiego, wyruszenia w świat i przeżywania przygód, z drugiej zaś przyjemna była myśl o życiu podobnym do życia wszystkich innych - codziennym wracaniu do domu, stabilizacji, spaniu i gotowaniu bez ograniczeń oraz przeżywaniu wzniosłych historii tylko w książkach. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, jednak jak na razie uparcie realizuję drugą opcję. Kto wie, może za 50 lat obudzą się we mnie dawno uśpione pragnienia i stanę się siedemdziesięciolatką żądną ekstremalnych wrażeń? Cóż, coś z awanturnika z pewnością w sobie mam - uwielbiam czytać i oglądać o przygodach; dalekie kraje, tajemnicze stworzenia, piraci czy podróże w czasie to zdecydowanie coś dla mnie. To własnie ta awanturnicza żyłka popchnęła mnie do sięgnięcia po kolejną już część „Strażników historii“ Damiana Dibbena.

Książka jest trzecią już opowieścią o przygodach Jake’a Djonesa i jego przyjaciół. Tym razem grupa młodych Strażników Historii wyrusza w podróż do XVII - wiecznych Chin, by powstrzymać złego Xi Xianga przed zniszczeniem historii i zdobyciem potężnego klejnotu, Lazurytowego Węża, który może być do tego kluczem. Jake ma jednak również własny cel: chce odnaleźć dawno zaginionego brata Filipa, którego widziano ostatnio właśnie w towarzystwie tego złoczyńcy. Jakie dziwy czekają na młodych podróżników w barwnym, orientalnym Kantonie? Czy uda im się zrealizować postanowienia misji, czy ktoś im w tym przeszkodzi? I czy wszyscy z tej wyprawy wyjdą bez szwanku?

Powieść ma dość prosty schemat: podróże w czasie, przygody, zagadka, młodzi bohaterowie ratujący świat przed złem, a wszystko to okraszone milionem nastoletnich pytań i emocji. Gdybym miała ją klasyfikować, przydzieliłabym ją do kategorii młodzieżowej przygodówki - jest pisana tym charakterystycznym dla YA językiem, nieco naiwna i, przede wszystkim, opowiada w dużej części o nastolatkach i ich perypetiach. Nie jest to zdecydowanie lektura dla pana „Czytam tylko klasykę“ czy pani „Ambitna literatura to moje drugie imię“, bo zbyt wiele z literatury wysokiej się tu nie znajdzie. Książka jest bardzo prosta, łatwa w odbiorze, a przez to także i przyjemna - idealna na wolny wieczór, bez konieczności długiego nad nią rozmyślania.

Największym minusem książki jest zdecydowanie jej język. Choć powieść młodzieżowa powinna charakteryzować się jego lekkością i prostotą, to tutaj było tego momentami nieco za dużo. Prostota przeradzała się w prostactwo, dialogi były niekiedy mocno nienaturalne, a opisy zbyt dokładne i bez polotu. Kilka razy miałam silne skojarzenie z książkami Flanagana, u którego język również nie jest na wysokim poziomie, za to czytelnik ma wrażenie, że autor stara się go ogłupić fragmentami typu „To jest klamka. Klamką otwieramy drzwi, gdy są zamknięte“. Oj, nie, tego w książkach nie lubię, podobnie jak zdań zaczynanych od spójników i tych przelatujących mi bez zrozumienia przed oczami. Choć może za dużo wymagam, książka jest w końcu kierowana również do młodszych ode mnie odbiorców. Być może też te nieskładne zdania są winą tłumacza, tego jednak nie mogę stwierdzić, bo nigdy nawet nie widziałam na oczy oryginału.

Rzecz ma się podobnie z bohaterami - kilku nawet polubiłam, inni są mi obojętni, ale niektórych zdecydowanie nie mogłam znieść. Denerwowała mnie Yoyo ze swoją pychą i sztucznością, a jeszcze bardziej nie lubiłam jej we fragmentach, w których Jake rozpływał się nad jej cudownością. Inaczej z kolei było z Nathanem, którego szczerze pokochałam (i wyrażałam to zawzięcie, śmiejąc się przy każdej scenie z jego udziałem), ale który niestety wyszedł autorowi tragicznie nienaturalny. Cóż, ludzie są różni, ale chyba nigdy nie widziałam prawie dorosłego chłopaka, który tak głośno i namiętnie rozczulałby się nad swoją fryzurą. Jake może nie znalazłby się w poczcie moich ulubionych książkowych postaci, ale oceniłabym go jako „nawet spoko gościa“ - przypominał mi bardzo Willa ze „Zwiadowców“. Największy problem mam jednak z Xi Xiangiem, którego, jak bardzo bym się nie starała, nie potrafiłam uznać za czarny charakter. Zamiast budzić grozę, przyprawiał mnie o śmiech, szczególnie gdy poprawiał szminkę na ustach - zawsze stawał mi wtedy przed oczami klaun w  kimonie i całe napięcie się rozpływało. Miał też jedną bardzo typową dla złej postaci, choć powieloną chyba w każdej książce, wadę - zupełnie bez sensu i w złych momentach zaczynał streszczać swoim wrogom wszystkie swoje plany. Nie, wcale nie dlatego każdy czarny charakter ginie, proszę mówić dalej, panie Xi. Gdybym więc miała podsumować bohaterów, okazali by się oni ciekawi, sympatyczni i różnorodni, niestety mało przy tym autentyczni.

Co więc sprawiło, że książka jednak mi się podobała? Jedno Dibbenowi trzeba przyznać - ma pomysł. Może gorzej z jego realizacją, ale w gruncie rzeczy książkę czyta się szybko i przyjemnie, akcja pędzi do przodu, a przy okazji czytelnik zostaje porwany w głąb historii, dowiadując się wielu ciekawych faktów. Ja cenię takie książki przede wszystkim za to, że odrywają mnie od rzeczywistości i sprawiają, że zaczynam marzyć o podróżach, przygodach i adrenalinie buzującej w żyłach, jak gdybym zaraz sama miała dołączyć do Strażników Historii i popłynąć z nimi na kolejną wyprawę. Śpieszno nam do krytykowania, taka już smutna prawda, w ostatecznym rozrachunku jednak powieść podobała mi się pod wieloma względami. Zawsze, gdy czytam coś tego typu, powracam myślami do czasów szkoły podstawowej, gdy na wszystko miałam czas i codziennie czytałam inną książkę o innych bohaterach i innych przygodach, a moim ulubionym filmem był „Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz“(no dobra, tak naprawdę nadal jest jednym z moich ulubionych filmów :D). Należy też wspomnieć o tym, że podróże w czasie to bardzo niewdzięczny temat, a Dibben dobrze sobie z nim poradził i wybrnął z tego tematu bez większych potknięć. „Strażnicy historii: Chiński Ekspres“ to więc wspaniała historia o młodości i ludziach ciekawych świata, o rzeczach, które w głębi duszy chciałby robić każdy z nas... Bo kto nie chciałby przeżywać pierwszych miłości i czasów dojrzewania w starożytnym Rzymie czy w XVII - wiecznym Londynie?

Moja ocena: 4/6

niedziela, 1 lutego 2015

Harry Potter i Insygnia Śmierci

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Insygnia Śmierci"

      Nadszedł wreszcie ten dzień, w którym nie mogłam już dłużej odwlekać rozpoczęcia siódmej części „Harry’ego Pottera“. Czekał na mnie jeszcze mój miniaturowy Mount Everest książek do przeczytania, minęło już prawie pół roku od ukończenia „Księcia Półkrwi“, a ja zwyczajnie miałam ochotę na podróż do Howartu. Choć więc zawsze otwieram „Insygnia Śmierci“ pełna obaw, po raz kolejny już wyruszyłam z Harrym w podróż po magicznym świecie.

Fabuły chyba nie trzeba nikomu streszczać - niewiele jest osób, które nie znają zakończenia serii o Chłopcu, Który Przeżył. W największym skrócie, Harry, Ron i Hermiona podróżują po Anglii w poszukiwaniu horkruksów, przeżywają szalone (choć niekoniecznie przyjemne) przygody, a w końcu wracają do Hogwartu, żeby stoczyć ostateczny bój z Czarnym Panem. Jest to definitywnie najbardziej mroczna i niepokojąca część sagi, różni się zdecydowanie od innych tomów - przygoda trójki przyjaciół jest najniebezpieczniejsza z dotychczasowych, brakuje dobrze nam znanej atmosfery Hogwartu, nie ma lekcji, meczów Quidditcha, Irytka czy egzaminów. Nie wiem jak inni, ale ja, czytając „Insygnia...“, strasznie za tym wszystkim tęsknie, brakuje mi tej bajkowej atmosfery, która pojawiała się nawet w piątym i szóstym tomie, a której nie ma w zakończeniu serii. Książkę tę czyta się z dreszczykiem emocji, wciąż coś się dzieje, brak przerwy na opisy dekoracji bożonarodzeniowych w Hogwarcie czy pysznej uczty, do których tak chciałoby się wrócić.

Język powieści jest zdecydowanie dojrzalszy, tak jak i poważniejsze stają się opisane wydarzenia. Rowling wyraźnie rozwinęła się literacko, poprawę jej stylu widać głównie w opisach, które, jak już chyba wspominałam przy okazji „Zakonu Feniksa“, stają się mocne, poruszające i bardzo sugestywne. Ciężko jest nie uronić łzy, gdy czyta się o grobach Lily i Jamesa czy ciałach w Wielkiej Sali - Rowling dba, by emocje czytelnika zostały poruszone, a jego serce rozbite na kawałki. Książka jest przesycona smutkiem i wszechobecną śmiercią, jej depresyjny nastrój pogłębia jeszcze autorka, pisząc w sposób, który wrażliwszych czytelników przyprawia o załamanie.

Bardzo podoba mi się rozszerzenie wątków i pogłębienie bohaterów drugoplanowych. O ile w pierwszych częściach niewiele wiedzieliśmy o Snapie czy Dumbledorze, w tej poznajemy historię każdej ważniejszej postaci z osobna. Przestają być one czarne lub białe, poznajemy lepiej motywy ich działań. Autorka kończy z idealizacją Dumbledore’a i ukazuje nam mroczną stronę jego życia, co pokazuje doskonale, że nikt, nawet z pozoru doskonały człowiek, nie jest bez skazy. Podobnie jest chociażby właśnie ze Snapem, którego większość potteromaniaków nie lubiła od początku i który został powszechnie znienawidzony pod koniec „Księcia Półkrwi“; w „Insygniach...“ autorka otwiera przed nami rozdział z jego prawdziwą historią, ujawnia jego ogromną rolę we wszystkich wydarzeniach i udowadnia, że nie powinno się oceniać ludzi po pozorach. „Opowieść Księcia“ to jeden z najpiękniejszych rozdziałów w książce, przy którym łzy płyną strumieniami. Wszystkie postacie przechodzą przemiany i dojrzewają: Ron, mimo chwilowego zwątpienia, staje się jeszcze lojalniejszym przyjacielem, Hemiona pokazuje, że jest naprawdę odważna... Najbardziej jednak dojrzewa Harry, który z temperamentnego, porywczego chłopaka staje się dojrzałym, rozsądnym mężczyzną. Godzi się ze śmiercią i stratą, poświęca też wszystko, by zniszczyć Voldemorta, nareszcie nie tylko dla siebie, ale całkowicie dla innych. Wszystkie dręczące go przez cały tom wątpliwości ukazują nam jego przemianę, a kiedy w końcu widzimy, że żadnych wątpliwości już nie ma, wreszcie Potter staje się postacią, którą można bez problemu, szczerze polubić.

Sporą częścią książki są też tajemnice magicznego świata, te wszystkie historie i legendy, które sprawiają, że świat stworzony przez Rowling wydaje nam się niemal realny. Wątek Insygniów Śmierci jest bardzo ciekawy: trzy przedmioty, które połączone czynią właściciela Panem Śmierci... Cóż, działa na wyobraźnię ;) Gdy pierwszy raz czyta się „Insygnia...“, nie sposób się od nich oderwać, bo wciąż pojawiają się nowe wątki, postacie i sekrety. Niemal zmuszają nas one do dalszego czytania, bo jak tu zamknąć książkę, nie poznając sekretu siostry Albusa Dumbledore’a czy nie dowiadując się, gdzie, do jasnej ciasnej, ukryte są pozostałe horkruksy?

Seria o młodym czarodzieju, wbrew pozorom, nie jest tylko bajką o walce dobra ze złem. Choć wszystko kończy się happy endem - zło przegrywa, dobro zwycięża, itp., itd. - wydarzenia wcale nie są jednoznaczne ani przewidywalne. Któż z nas nie martwił się o Harry’ego i jego przyjaciół, kto był pewny, że wszystko zakończy się szczęśliwie? Przyznać musicie, że chyba nikt z wyjątkiem samej pisarki ;) Zresztą wcale nie mamy do czynienia z typowym amerykańskim zakończeniem - wiele postaci (w sumie chyba z połowa) ginie, bohaterowie odnoszą rany i przeżywają ciężkie chwile. Wzruszające śmierci Zgredka, Lupina, Tonks, Freda czy Severusa Snape’a czynią całą historię prawdziwszą i przy okazji oczywiście sprawiają, że czytelnik z trudem powstrzymuje łzy. A przecież (uwaga, stylizacja biblijna :D) o to właśnie chodzi w każdej książce - żeby wzbudzić emocje, zżyć odbiorcę z bohaterami na tyle, by przeżywał każdy smutek, każdą radość czy każdy strach razem z nimi ;)

Obiecałam wam przy recenzji pierwszej części, że podsumuję w ostatniej recenzji całą serię i napiszę, czego się z niej nauczyłam. Teraz nie jestem pewna, czy potrafię... Bo prawda jest taka, że nauczyłam się z niej WSZYSTKIEGO. Jestem zdecydowanie pokoleniem potterowskim, jak pokoleniem tolkienowskim byli moi rodzice, dorastałam razem z Harrym, który towarzyszył mi całe moje dzieciństwo. Wiążę z tą książką niezliczoną ilość wspomnień, chwil i zdjęć, można więc powiedzieć, że praktycznie ona mnie wychowywała (w tym momencie chyba robię się sentymentalna, uwaga). Dowiedziałam się dzięki niej, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość, lojalność, bezinteresowność i odwaga, ukształtowałam swoje poglądy na temat zła i dobra. Jej bohaterowie towarzyszyli mi niczym przyjaciele z dzieciństwa, pojawiali się wciąż w moich zabawach, rozmowach, a nawet snach (brałam kiedyś udział w Bitwie o Hogwart, uwierzycie? :D). Rowling pokazała mi, że dla niektórych rzeczy warto się poświęcić i że wartości materialne nie są najważniejsze w życiu, nauczyła mnie tak wielu różnych rzeczy, że wymienianie ich zajęłoby mi chyba kolejne 800 słów. I chyba właśnie dlatego (ach, ta stylizacja biblijna) seria o Chłopcu, Który Przeżył, jest dla mnie tak ważna - to dzięki niej jestem teraz taka, jaka jestem. Nie mam pojęcia, jak mogłabym inaczej wyrazić swoją wdzięczność, dlatego daję zasłużone 100/10 (tak, to setka)... i lecę szukać chusteczek, bo przy ostatnim akapicie łezka zakręciła mi się w oku ;)


piątek, 23 stycznia 2015

Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Rafał Kosik - "Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów"

      Nareszcie nadeszły wyczekiwane (nie tak długo, ale jednak) ferie, w przerwach między spotkaniami ze znajomymi i graniem w Gothica nadrabiam więc zaległości czytelnicze ;) Idzie mi całkiem nieźle, wciąż jednak nie mogę zabrać się za Insygnia Śmierci - są takie smutne... Zamiast tego sięgam po lżejsze książki; jedną z nich była „Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów“.

Seria Rafała Kosika towarzyszy mi właściwie od dzieciństwa, może nie tak dawnego, jak „Harry..“, ale jednak - przygodę z nią rozpoczęłam w piątej klasie podstawówki. Ja dorastałam, wychodziły kolejne tomy, a bohaterowie wciąż mieli po 14, 15 lat... No i tak się stało, że przegoniłam Superpaczkę wiekiem; teraz nierzadko zastanawiam się, czy nie jestem już trochę za stara na śledzenie jej przygód. Na razie jednak nie narzekam, choć seria jest bardzo nierówna poziomowo (niektóre części są świetne, inne jakoś mi nie idą...) przyjemnie mi się ją czyta.

„Klątwa Domu McKillianów“ opowiada, standardowo już, o przygodach trójki gimnazjalistów: Felixa, Neta i Niki. Przyjaciele wyjeżdżają na wakacje do deszczowej Szkocji, tak się jednak składa, że na miejscu nie zastają gospodarza... W domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy: w nocy słychać hałasy, widać potwory rodem z bestiariuszy, a stare szkockie legendy ożywają, siejąc grozę wśród lokatorów. Co powoduje te dziwne zjawiska? Czy wszystko da się wyjaśnić racjonalnie, czy może nad domem rodu McKillianów ciąży jakaś tajemnicza klątwa?

Fabuła książki jest niewątpliwie ciekawa. Pan Kosik owiał całą historię tajemnicą i grozą, niekiedy była ona wręcz horrorystyczna - na tyle, że zaciskałam zęby i gryzłam paznokcie, a po moich plecach przebiegały ciarki. Czasami niestety miałam wrażenie powtórki z mojego ulubionego tomu: „Trzech kuzynek“ (opuszczony dom, niewyjaśnione zdarzenia i to ciągle powtarzane przez Neta zdanie „To miały być normalne wakacje“...), pojawiały się też skojarzenia z „Teoretycznie możliwą katastrofą“, „Pałacem Snów“ (znowu sny...?) i „Tajemnicą Czerwonej Hańczy“ (dziwne stwory z rogami). Czyżby autorowi kończyły się pomysły na napisanie tego... który to już?... trzynastego tomu i musiał sięgać do swoich poprzednich książek? Mam nadzieję, że historia w kolejnej części serii będzie diametralnie różna od wszystkich pozostałych, bo nie sztuką jest pisać wciąż to samo innymi słowami.

Trzeba jednak przyznać, że atmosferę Kosik wykreował świetną: dziwne potwory, tajemniczy list i podejrzany kamerdyner to zalążek całkiem niezłego horroru. Bywało, że zastanawiałam się nad czymś tak mocno, że kusiło mnie do przerzucenia kilku kartek i poznania rozwiązania natychmiast (raz nawet tak zrobiłam). Opisana historia była bardzo wciągająca; choć planowałam ją tylko rozpocząć, pochłonęłam całą książkę w jeden wieczór i nawet nie zauważyłam, kiedy minęły te trzy godziny. Były zwroty akcji i dużo się działo, dzięki czemu nie sposób się nudzić. Autor ma znakomitą umiejętność wplatania w każdą sytuację zabawnych dialogów i kłótni, co naprawdę dużo daje książce, bo... cóż, do opisów talentu on nie posiada. Przy niektórych przysypiałam, inne tylko mnie irytowały, w końcu zaczęłam je konsekwentnie omijać.

Jeśli zaś chodzi o bohaterów... Niestety, im dalsza część, tym bardziej mam niektórych dosyć. Nika zawsze była dla mnie zbyt wyidealizowana, taka kryształowa dziewczyna: mądra, zaradna, oszczędna, pełna empatii, a jeszcze do tego ładna... Sami chyba przyznacie, że ciężko polubić kogoś takiego ;) Neta z początku lubiłam, zaczął mnie jednak nieco irytować swoim zachowaniem a la rozpieszczony jedynak. Jedynym pozytywem jest Felix, do którego, mimo upływających lat i tomów, wciąż czuję ogromną sympatię. Przy każdej kłótni (które, trzeba przyznać, były nad wymiar zabawne w tym tomie - jeszcze nie zdarzyło mi się ze złości wrzucić kumpla do jeziora...) stałam po jego stronie, denerwował mnie natomiast uparty i tchórzliwy Net i milcząca Nika. Wiem, nie można mieć wszystkiego, ale i tak popracowałabym jeszcze nad tymi postaciami - są nieco nierzeczywiste, wiele ich cech jest bez potrzeby wyolbrzymionych, wydają mi się też zbyt dojrzałe jak na gimnazjalistów (co robiła Laura pod prysznicem Felixa???). Bardzo brakowało mi także Manfreda, który pojawił się tylko w kilku scenach.

Jak mi się czytało „Klątwę Domu McKillianów“? Z pewnością dość szybko i lekko, nie wiem tylko, czy to kwestia tematyki, stylu autora czy tego, że pomijałam połowę opisów. W każdym razie prawie czterysta stron zleciało mi w jeden wieczór bez większych zastojów. Sam język powieści jest raczej dość prosty, choć niekiedy zdania są trochę topornie skonstruowane, a netowe neologizmy irytują i niemal bolą. Osobiście miałam też czasem problem z nasyconym technologią słownictwem, z którego mimo przypisów niewiele rozumiałam. Ta część była jednak pod tym względem bardzo dobra, bo pojawiało się go tam niewiele. Zdecydowanie największym plusem były dialogi, lekkie, proste, dowcipne i przyspieszające zdecydowanie całą akcję.

„Klątwę Domu McKillianów“ poleciłabym z pewnością zagorzałym fanom serii, którym na pewno się ona spodoba. Jest utrzymana w stylu Kosika, choć idąca bardziej w fantasy niż science fiction: dynamiczna, tajemnicza i intrygująca. Nie znajdziecie tu głębszych sensów i skomplikowanej symboliki, jej odbiór jest bardzo prosty i raczej czytelny. To powieść nastawiona na zapewnienie rozrywki i przyjemnie spędzonego czasu, ciekawa mieszanka powieści YA, fantasy i horroru. Nie każdemu przypadnie do gustu, nie jest też zdecydowanie książką idealną. Nada się za to świetnie jako czytadło na wieczór, przy kominku i gorącej herbacie... a czy nie tak kochamy spędzać czas? Daję 4-/6 za autoplagiatowanie (jest takie słowo?) i bohaterów, jednak mimo wszystko polecam fanom niezobowiązujących lektur :)

środa, 24 grudnia 2014

Przedpremierowo: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii



      O piątkowym dniu mogłabym napisać wiele rzeczy - był wspaniały, emocjonujący, ale przede wszystkim bardzo długi. Za sprawą maratonu „Hobbita“ trwał aż 26 godzin i skutkował całą sobotą w łóżku, której w najmniejszym stopniu nie żałuję. W dzisiejszym tekście chciałabym się zająć przede wszystkim trzecią częścią trylogii, którą obejrzałam na ENEMF - ie w Multikinie.

To może od początku - nie wierzę, że uchował się ktoś, kto tego nie wie, ale trylogia ta powstała na podstawie „Hobbita“ pióra mistrza fantastyki, J. R. R. Tolkiena, i została wyreżyserowana przez Petera Jacksona, twórcę „Władcy Pierścieni“. Sama postać reżysera jest dość kontrowersyjna - można go albo kochać, albo nienawidzić, podobnie zresztą jak jego filmy, o które fani Tolkiena toczą od lat zażarte dyskusje.

„Bitwa Pięciu Armii“ to ostatnia, finałowa część trylogii opowiadającej o wyprawie Bilbo Bagginsa i kompanii krasnoludów do Samotnej Góry, po utraconą ojczyznę,honor i skarby. Akcja zawiera w sobie praktycznie dwa lub trzy ostatnie rozdziały powieści, przed pójściem do kina nie mogłam więc namyślić się, co też zostanie w niej ukazane. Okazało się, że na ekran została przeniesiona głównie ostatnia bitwa krasnoludów, fani siekania orków będą więc z pewnością zachwyceni.

Efekty specjalne, kostiumy, gra aktorska - w tej kwestii nie ma się co spierać, Jackson jak zwykle króluje. Wszystko jest przemyślane, nawet najdrobniejszy szczegół w scenografii zachwyca. Chociaż dominuje nagrywanie scen na tzw. greenscreenie i masa efektów przy scenach walki (przez które ma się czasem poczucie oglądania gry RPG), wizualnie „Bitwa Pięciu Armii“ zdecydowanie zachwyca. Jestem też pod wrażeniem plejady występujących w filmie aktorów - znakomity Richard Armitage jako Thorin, mistrz mimiki - Martin Freeman oraz chłodny i opanowany Lee Pace w roli Thranduila to tylko początek całej listy nazwisk, które należałoby podać, zaczynającej się od Cate Blanchet, a kończącej na Orlando Bloomie.

Na co więc tyle narzekań, o co wszystkie oskarżenia w stronę Jacksona? Problem wielu tolkienowskich fanów jest jeden - film nie jest prawie wcale zgodny z książką. Można się kłócić nawet z nazywaniem go adaptacją, bo zrobienie prawie 9 - cio godzinnej trylogii z 200 - stronnicowej powieści wymagało zdecydowanego rozszerzenia jej treści - pojawiają się sceny dodane przez reżysera, zaczerpnięte skądś motywy i wiele nawiązań do „Władcy Pierścieni“. Ba! Są nawet postacie od podstaw przez reżysera wymyślone, jak chociażby Tauriel. Osobiście mimo widocznych nieścisłości uważam, że nie ma na co narzekać. Co z tego, że takie rozszerzanie wątków było „leceniem na kasę“, jeśli wyszedł z tego naprawdę dobry film? Miał dostarczyć rozrywki i nieść ze sobą pewne wartości i funkcję tę jak najbardziej spełnił.

Oczywiście, gwoli ścisłości - pojawiają się błędy, niedociągnięcia, sceny niepotrzebne, a nawet głupie. Szczytem durnoty był dla mnie Legolas i jego antygrawitacyjne umiejętności (ten most spada? ach, wskoczę na górę!), zresztą Legolas w gruncie rzeczy był w filmie niepotrzebny. Orlando Bloom postarzał się, jego soczewki kłuły w oczy, a obcinania głów orkom było już wystarczająco wiele. Podobnie wątek Tauriel i Kilego był momentami nieco naciągany, ale raziło to zwłaszcza w „Pustkowiu Smauga“; w trzeciej części był dla mnie naprawdę przyjemny, prawdziwy i bardzo wzruszający.

„Hobbit:Bitwa Pięciu Armii“ ma jednak w sobie swojego rodzaju moc, siłę przebicia, którą miała też trylogia „Władca Pierścieni“. Być może jej nie dorównuje, ale niesie ze sobą ważne przesłanie, wiele emocji, strachu i wzruszeń. Mimo że czytałam „Hobbita“ wielokrotnie i doskonale wiedziałam, że będę musiała pożegnać się z niektórymi bohaterami, z kina wyszłam zapłakana i z lekka rozbita wewnętrznie. Nie mogłam uwierzyć, że żegnam się zarówno z postaciami, jak i aktorami (choć szczerze mam nadzieję, że „coś“ w tematyce „Śródziemia jeszcze kiedyś się na ekranach ukaże)! Podobały mi się sceny batalistyczne (tak, jestem kobietą), wątek szaleństwa Thorina, wspaniała muzyka Howarda Shore’a, a przede wszystkim ta nieuchwytna magia filmów Jacksona, to coś, co nadaje im tej niesamowitej atmosfery i sprawia, że przez kilka dni nie mogę przestać o nich myśleć.

Oficjalnie więc ogłaszam się fanką obu trylogii, polecam je wam gorąco i radzę traktować je na luzie, jako osobne filmy, a nie próbę odwzorowania dzieł Tolkiena, do której im bardzo daleko i których przecież odwzorować się niemal nie da ;) Cieszmy się magią świąt i nie kłóćmy o ilość CGI czy wątek miłosny! Polecam wszystkim raz jeszcze trzecią część trylogii, zarówno jako oddzielną świetną rozrywkę, jak i znakomity wstęp do „Władcy Pierścieni“, a tymczasem sama wybieram się jeszcze raz do kina, tym razem już w normalnej porze. Ciekawe, ile mi o tej 5 rano umknęło...?

Na koniec piękna piosenka Billy'ego Boyda, której słucham już po raz dziesiąty i wciąż przy niej płaczę:


niedziela, 19 października 2014

Harry Potter i Książę Półkrwi

        Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Książę Półkrwi"

      Na wstępie muszę przeprosić za swoją długą nieobecność. Wakacje się skończyły, poszłam do nowej szkoły i mam teraz tyle roboty, że brak mi czasu na spanie i jedzenie, a co dopiero na czytanie książek! Zaczyna mi to ciążyć - stęskniłam się za tymi czasami, w których w tygodniu zdążałam z dwoma czy trzema tytułami... Niestety, to już zamierzchła przeszłość; teraz cieszę się, kiedy mam czas na 20 stron :)

Jest jednak jakiś pozytyw - kiedy już dorwę jakąś książkę, czytam ją na raz i nikt nie jest w stanie mnie od niej oderwać :D „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi“ pochłonęłam więc jednym tchem, czerpiąc z przygód ukochanych bohaterów garściami. Było warto - wreszcie przypomniałam sobie, za co tak uwielbiam tę serię :D

„Książę Półkrwi“ to moja druga ulubiona część sagi (na pierwszym miejscu niezmiennie plasuje się „Więzień Azkabanu“). Cenię ją przede wszystkim za szybką akcję, ciekawe wątki i całą gamę tajemnic. W końcu kto jest w stanie przerwać czytanie i nie poznać zagadki brakującego wspomnienia, nie dowiedzieć się, dokąd udaje się Dumbledore, a w końcu nie odkryć tożsamości tytułowego Księcia Półkrwi? Odpowiedź jest oczywista i chyba nie muszę nikomu jej podsuwać.

Mam swojego faworyta wśród wątków powieści, a jest nim zdecydowanie temat wspomnień o Voldemorcie. Nie wiem, jak jest w waszym przypadku, ale mnie przeszłość Toma Riddle’a niezwykle ciekawi - ile razy bym książki nie przeczytała, i tak wciąż kocham zagłębiać się w dawne intrygi czarnego charakteru. Wszystkie spotkania Harry’ego z Dumbledorem - choć wcale nie jest ich znowu tak dużo - tworzą ten niesamowity, niezapomniany klimat, który sprawia, że magia wycieka ze stron powieści i możemy niemal ją poczuć. Żaden film nie jest w stanie tego oddać; wiem, że nie powinnam w recenzji odwoływać się do ekranizacji, ale wizja podróży wgłąb myślodsiewni reżysera jest jednym z powodów, dla których zawsze będę wolała książkę od filmu. Kocham wędrować wraz z bohaterami od zagadki do zagadki, odkrywać mroczne wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat... Oj tak, podróże w czasie to zdecydowanie mój klimat.

W szóstym tomie serii mamy też do czynienia ze sporą ilością tajemnic. Nareszcie możemy odkryć sekret śmierci - nieśmierci Voldemorta z początku powieści - kogo nie zastanawiała ona w „Kamieniu Filozoficznym“? Przez cały tom korzystamy wraz z głównym bohaterem z zagadkowego podręcznika, a jakież jest nasze zaskoczenie, gdy odkrywamy, do kogo on należy! Jest też obsesja Harry’ego na temat Malfoya, która niezbyt przypadła mi do gustu - Harry w tej sprawie wykazuje się głupim uporem, nie słucha nikogo prócz siebie i, choć w końcu okazuje się, że ma rację, cała sprawa jest dla mnie trochę zbyt mocno zarysowana.

Dużo skupia się też na sprawach codziennych, typowych nastoletnich problemach i miłościach. W końcu uczniowie Hogwartu też są ludźmi, a 16 lat to okres burzy hormonów :D Zabawnie czyta się kłótnie Rona i Hermiony - nie lubię tego parringu, ale wreszcie coś zaczyna się dziać! Zakochuje się też nasz pierwszoplanowy bohater, a wybór obiektu uczuć jest dość zaskakujący... Trzeba Harry’emu przyznać, że dobrze zrobił, zapominając w końcu o Cho Chang - mój Boże, jak ja nie znosiłam tej dziewczyny! - i zauważając Ginny. Chociaż wiele czytelników (zwłaszcza czytelniczek :>) jej nie lubi, ja uważam siostrę Rona za dowcipną, sympatyczną i wartościową dziewczynę. Udzielam swojego błogosławieństwa! :P

Oczywiście książka ma swoje smutne momenty, a jednym z najgorszych jest zdecydowanie śmierć Dumbledore’a. Tu znowu popłynęły łzy - mam wielki sentyment do dyrektora Hogwartu, to niezwykle mądry i inspirujący człowiek. Jego pogrzeb Rowling ukazała w bardzo poruszający sposób, po raz kolejny spotykamy się z opisami głębokimi, wyciskającymi łzy z oczu. Momenty żałoby zdają się być tym, co wychodzi spod pióra pisarki najlepiej; autorka potrafi ująć wszystko w sposób, który doprowadza czytelnika do płaczu, a jednocześnie nie jest sztuczny czy wymuszony. Uczucia Harry’ego są bardzo naturalne i wiarygodne, nie ma w nich fałszywego żalu. Wręcz przeciwnie - młody czarodziej jest na tyle załamany, że wszystko staje mu się obojętne, co jest przecież bardzo prawdziwe.

Na koniec jeszcze krótka refleksja - przy „Księciu Półkrwi“ bardzo mocno rzuciła mi się w oczy różnica między książką czytaną po raz pierwszy a tą przewertowaną wielokrotnie. Pamiętam, jaka byłam wszystkiego ciekawa po raz pierwszy, jak mocno chłonęłam każdą informację w nadziei, że sama rozwiążę zagadkę... Wydarzenia były dla mnie nowe, fascynujące, a nawet szokujące. Teraz mam wrażenie, że z każdym kolejnym sięgnięciem po książkę  uodparniam się na emocje, które ze sobą niesie. Chociaż wciąż niesamowicie całą serię kocham, wiele bym dała, by na przykład szóstą jej część móc przeczytać znowu po raz pierwszy. Nie wiedziałabym nic o Snapie, nic o horkruksach, o Malfoyu - jakież to byłoby ciekawe! Ech, szkoda, że to niemożliwe... :(

„Harry Potter i Książę Półkrwi jest dla mnie jedną z najważniejszych książek. Niesie ze sobą niezapomniane wrażenia, wciąga przy czytaniu i ukazuje znakomity warsztat autorki. Snuje wokół nas mroczny, ponury i niezwykle tajemniczy klimat, pozwala poczuć „to coś“, co jest tak ważne przy czytaniu i co nie pozwala w połowie odłożyć książki na półkę. Przeplata wydarzenia radosne z tragicznymi, jest prawdziwy i niezwykle magiczny... Wszystko to tworzy mieszankę, z której musi wyjść świetna książka! Polecam wszystkim szczerze (choć nie wierzę, że ktoś jeszcze nie przeczytał serii o Szkole Magii i Czarodziejstwa) i życzę wam, by każda przeczytana książka niosła ze sobą tyle dobrych wspomnień :) Nastawcie się też na wiele łez, jeśli, tak jak ja czy Harry, jesteście na dobre i złe ludźmi Dumbledore’a. Jednak przede wszystkim czekają was ostatnie sielskie dni w Hogwarcie...

Wojna czarodziejów właśnie się zaczęła.

poniedziałek, 8 września 2014

Harry Potter i Zakon Feniksa

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Zakon Feniksa"


      Znacie takie uczucie, kiedy jecie wczesne jeżyny i nagle, wśród słodyczy, natrafiacie na okropnie kwaśny owoc? Albo gdy słuchacie śpiewu waszego ulubionego wykonawcy i wychwytujecie fałszywe nuty? To takie rzeczy, które powodują nagły grymas na naszej twarzy; błahostki, które pozostawiają po sobie niesmak. Taką właśnie drobnostka jest dla mnie piąta część „Harry’ego Pottera“.

Spytacie pewnie, dlaczego? Ano właśnie dlatego, że Syriusz.

      Wybaczcie, naprawdę obiecałam sobie, że to będzie rzetelna recenzja, bez rozwodzenia się nad swoimi uczuciami i... wiecie, obiektywna :) Niestety książka ta wzbudza we mnie tyle emocji, że nie potrafię pisać w pełni do rzeczy.

      Zacznę może od tego, że znienawidziłam piąty tom serii już po pierwszym przeczytaniu. Autorka bez skrupułów okrutnie uśmierca moją absolutnie najukochańszą postać, ktorą niefrasobliwie wprowadziła do całej zabawy w „Więźniu Azkabanu“ i którą wcześniej uczyniła tak genialną, że z miejsca się zakochałam. Mowa oczywiście o Syriuszu, do którego zawsze miałam niemałą słabość; może to dlatego, że zawsze przy czytaniu identyfikuję się z Harrym, dla którego ojciec chrzestny jest bardzo ważny, a może po prostu podoba mi się jego charakter. Chyba oba te powody mają jakieś korzenie w rzeczywistości, w każdym razie czuję, że byśmy się dogadali ;) W każdym razie na końcu książki Syriusz ginie, a ja wylewam w tym momencie tony, tony i jeszcze raz tony łez, nie mówiąc o tym, że cały kolejny dzień przeżywam żałobę :) Cóż, zawsze bardzo zżywam się z bohaterami, a seria pani Rowling nie jest wyjątkiem.

No więc proszę raz jeszcze, tym razem na piśmie: Oddajcie mi do cholery Syriusza!!!!!

      Okay, skoro moje osobiste udręki mamy już za sobą, teraz co nieco o pozostałych aspektach książki. „Zakon Feniksa“ jest największą objętościowo powieścią pani Rowling - liczy sobie ponad 950 stron, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, ile wątków jest w nim poruszonych. Można śmiało nazwać go prawdziwą cegłą, do torby raczej go ze sobą nie zabierzecie ;) Opowiada o piątym roku nauki Harry’ego w Hogwarcie, która, jak to zawsze bywa, niesie ze sobą wiele przygód, tajemnic i wydarzeń, dzięki którym nie wieje nudą. Autorka mistrzowsko wyrobiła sobie umiejętność wplatania w codzienne życie szkolne głównego bohatera tylu problemów i niespodzianek, ilu nie pozazdrościłby mu chyba nawet największy masochista.
Tym razem poznajemy wraz z Harrym tajną organizację zwaną Zakonem Feniksa, założoną przez Dumbledore’a w celu walki z Voldemortem, mierzymy się z terrorem wprowadzonym przez uroczą Dolores Umbridge i błądzimy w snach mrocznym korytarzem po Departamencie Tajemnic.

      Fabuła i język jak zwykle u Rowling świetne, nie mam im nic do zarzucenia. Sama chciałabym tak pisać - styl brytyjki wciąga i oddaje wydarzenia idealnie, nie trąca patosem, ale nie jest też potoczny. Można odnieść wrażenie, że z każdym kolejnym tomem jej warsztat rozwija się coraz bardziej; opisy żalu Harry’ego po śmierci Syriusza to moim zdaniem perełki - są plastyczne, bardzo sugestywne i sprawiają, że łzy same napływają do oczu (jakby trzeba było jeszcze je zachęcać!). Wątków w książce jest mnóstwo, a wszystkie są spójne i przemyslane - naprawdę biję pokłony, bo unikanie nieścisłości i niedopowiedzeń to niełatwa sztuka :)

      W tej części jest jeden duży minus - narracja Harry’ego. Wydarzenia są opisane z jego punktu widzenia, jesteśmy więc zmuszeni wysłuchiwać jego rozterek, a są one, uwierzcie mi, opisane bardzo dokładnie i podniośle, bo Harry ma lekką skłonność do dramatyzowania. Chociaż naprawdę lubię tę postać i w żadnym innym tomie jej wtrącone rozmyślania mi nie przeszkadzają, w tej części Potter potrafi nieco zirytować. Denerwują mnie zwłaszcza bite trzy strony jego narzekania na zamnknięcie u Dursleyów, wieczne wybuchy niczym nieuzasadnionej złości i rozczulanie się nad sobą jak nad tragicznym, niezrozumianym bohaterem - choć w wielu wypadkach jestem w stanie to zrozumieć, bo czułabym się tak samo, takie wstawki męczą. Wybacz, Harry, nadal bardzo cię lubię, ale przestań :) Mimo wszystko uważam głównego bohatera za odważnego i dobrego chłopaka, ale cóż, wiek dojrzewania, wszyscy muszą to przecierpieć... Można więc uznać, że realizm został zachowany :)

     A, prawie zapomniałam! Nienawidzę wątku zadurzenia Harry’ego w Cho Chang! Tak beznadziejnej, płaczliwej i sztywnej dziewczyny nigdy nie chciałabym spotkać - dostałaby ode mnie pieścią za każdą wzmiankę o Cedriku, przysięgam!

      „Zakon...“ oferuje nam też sporą dawkę nowych charakterów. Spotykamy Stworka, Umbridge, która jest chyba najpowszechniej znienawidzoną postacią w historii fantastyki, Nimfadorę Tonks i wielu członków Zakonu Feniksa, mamy nawet przyjemność z rodzinką Hagrida! Oj, dzieje się, dzieje, barwny wachlarz postaci wprowadza przyjemny zamęt na karty powieści, a każdy bohater jest realny, z krwi i kości. Bardzo podoba mi się to w całej serii - bohaterowie to moja ulubiona część każdej lektury, a tutaj są oni żywi, każdy ma wady i zalety, jak ludzie, nie jak szereg chodzących jak im się zagra Mary Sue. Wielki plus za kreację postaci!

      Bardzo lubię też spotkania Gwardii Dumbledore’a, ponieważ odsłaniają wiele faktów na temat szkolnych przyjaciół Harry’ego. Nareszcie uaktywnia się Ginny, Neville przestaje być tylko pucołowatym niezdarą, no i oczywiście pojawia się mistrzyni ciętej riposty Luna Lovegood :D Z ciekawych wydarzeń plusują też lekcje oklumencji u Snape’a i wspomnienie o Huncwotach, o których mogłabym przeczytać oddzielną sagę ^^

      Pytanie brzmi: dlaczego więc tak nie lubię tej części? Głównie z powodu brutalnego mordu na moim ukochanym bohaterze, dokonanego przez żądną krwi i okrutną pisarkę, ale są też inne przyczyny. Całokształt jest dużo bardziej mroczny i smutny niż pozostałe tomy serii, obserwujemy mordy i zniknięcia, główny bohater zaczyna wariować i popadać w opętanie, cały czas jest na wszystkich zły i dręczą go koszmary senne; musimy też patrzeć na mękę Syriusza w domu przy Grimmauld Place 12 i znosić nowe porządki w Hogwarcie... Mnóstwo zła (w końcu Lord Voldemort powrócił!), niewiele optymistycznych akcentów - ogólnie rzecz biorąc, „Harry Potter i Zakon Feniksa“ jest po prostu niesamowicie smutny. Zdecydowanie nie zalecam go osobom chorym na depresję, bo może się ona pogłębić, zachęcam za to, jeżeli chcecie popatrzeć na metaforę dojrzewania - w końcu od Harry’ego wszyscy się odwracają, a on sam ma ciągłe wahania nastrojów... Czy to nie wynika czasem z hormonów? :)

      Żarty żartami, ale piąty tom serii jest, jak każdy Potter, świetną książką. Choć nie posiadł on mojego serca i nie trafił na listę ulubionych, przeczytać go musi każdy fan młodego czarodzieja. Wielbicielom Syriusza radzę przygotować się na cios w samo serce :) Polecam gorąco, choć nie na te gorsze dni!

A na koniec cytat, który bardzo mi się spodobał i ma w sobie bardzo wiele prawdy:

„Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd niż jawna niechęć“
Albus Dumbledore, J. K. Rowling - „Harry Potter i Zakon Feniksa“

środa, 20 sierpnia 2014

Harry Potter i Czara Ognia

Wyświetlanie zdjęcie 4.JPG

J.K. Rowling - "Harry Potter i Czara Ognia"

      „Harry Potter i Czara Ognia“ jest dla mnie ciężką do oceny książką. Z jednej strony wciągająca, pełna tajemnic i ciekawa, z drugiej - mroczna i smutna. Akcja napiera rozpędu, staje się dużo bardziej zawiła niż w poprzdnich częściach. Czasami wręcz ciężko za wszystkim nadążyć i połączyć ze sobą fakty. Mimo to powieść nie pozwala się od siebie oderwać, stawiając przed nami coraz nowsze zagadki.

      Czy „Czara Ognia“ należy do moich ulubionych pozycji? Z całą pewnością na jej miejsce wolałabym wybrać masę innych książek; jednocześnie na wiele innych czytadeł bym jej nie zamieniła. Można to ująć tak, że w całej mojej ukochanej serii jest fragmentem, bez którego nie mogłaby ona istnieć, elementem potrzebnym w tej magicznej historii, ale nie wywołującym żadnej rewolucji.

      Większość książki poświęcona jest odbywającemu się w Hogwarcie Turniejowi Trójmagicznemu. Zadania są ciekawe i pomysłowe, przyjemnie się o nich czyta; moim ulubionym jest zdecydowanie labirynt, w którym sama czułabym się chyba najlepiej. Przy okazji tych wydarzeń poznajemy mnóstwo nowych postaci, tym razem również spoza Hogwartu. Coraz lepiej widzimy strukturę czarodziejskiego świata, Ministerstwo Magii i krąg zwolenników Voldemorta. Można powiedzieć, że w tej części świat powieści jest już prawie w pełni rozwinięty.

      Pod koniec tomu ma miejsce chyba najbardziej przełomowe wydarzenie w całej serii - odrodzenie się Czarnego Pana. Bardzo podoba mi się ten fragment, jest świetnie napisany i wywołuje dreszczyk emocji. Od tej pory będzie się robiło coraz straszniej. W tej części Harry po raz pierwszy jest bezpośrednim świadkiem czyjejś śmierci, co będzie mu towarzyszyło już w każdym tomie. Bez wątpienia wszystko staje się mroczne i  coraz bardziej poważne.

      Moją ulubioną postacią jest bez wątpienia Syriusz, którego obecność, pominięta w filmie, w książce jest bardzo wyraźna. Ważną osobą jest też Dumbledore, którego wreszcie możemy poznać z nieco innej strony. Po raz pierwszy dostrzec w nim można prawdziwie potężnego czarodzieja. Dowiadujemy się też nieco o przeszłości Snape’a, poznajemy Ritę Skeeter, ważną w dalszym rozwoju akcji... i o wiele, wiele więcej!

      Co tu dużo mówić - „Czara Ognia“ jest książką wciągającą, trochę mroczną, czasem wzruszającą... Dużo w niej akcji i tajemnic, które sprawiają, że żaden fan serii na tym tomie się nie zawiedzie :D Ocena 6/6, nie może być inna ;>






wtorek, 29 lipca 2014

Harry Potter i Więzień Azkabanu



J. K. Rowling - "Harry Potter i Więzień Azkabanu"

      "Harry Potter i Więzień Azkabanu" był, jest i będzie jeszcze długo bezsprzecznie moją ulubioną książką. W związku z tym dość ciężko jest mi ją ocenić; to tak, jakby poprosić maniaka czekolady o obiektywną recenzję brownie :) Jak zwykle jednak coś napiszę, bo przecież nie wypada przeczytać i tłumić w sobie te wszystkie emocje...

      Trzecia część cyklu jest już nieco większa objętościowo od pierwszych dwóch książek, choć nie może się równać z 900 - stronicowym "Zakonem Feniksa" - ot, 450 stron, dla wytrawnych czytaczy porcja na jeden dzień. Biorąc pod uwagę lekki styl Rowling nie mogę się dziwić, że przebrnięcie przez nie zajęło mi jeden wieczór, choć może to kwestia tego, że tak się wciągnęłam. Książka jest też dużo dojrzalsza i mniej bajkowa niż poprzedniczki; czyta się ją już nie jak opowieść o dzieciach, lecz nastolatkach, w dodatku, jak dla mnie, nad wyraz dorosłych na swój wiek.

      Są takie książki, które możemy czytać raz za razem i nigdy nam się nie znudzą. Ta należy właśnie do takiej kategorii :P Czym właściwie mnie zauroczyła? Cóż, wartką, ciekawą akcją, świetnymi bohaterami, niesamowitą, nieco mroczną atmosferą... Dzieje się dużo, Hogwart ma nam coraz więcej do zaoferowania - na każdym kroku odkrywamy nowe sekrety świata czarodziejów, od Mapy Huncwotów, przez Azkaban, po Hogsmead. Z każdym tomem rozrasta się on coraz bardziej, wciągając czytelnika w wir zaklęć i budząc coraz silniejsze pragnienie przeżycia tego, co bohaterowie. W tym tomie poznajemy dementorów, przeżywamy lekcje obrony przed czarną magią z profesorem Lupinem i dowiadujemy się nieco o rodzicach Harry'ego.

      Zdecydowanie jednym z moich ulubionych fragmentów jest opowieść o Huncwotach. Przeszłość ojca głównego bohatera oraz jego przyjaciół zawsze wydawała mi się niezmiernie ciekawa. Zostajemy wprowadzeni głębiej w szczegóły tajemniczych zdarzeń sprzed 12 lat, ujawnione są nowe, coraz ciekawsze fakty na ten temat. Dodatkowo pojawia się nowy, wspaniały bohater - mój ukochany Syriusz Black. Zawsze podziwiałam jego determinację, lojalność i wiarę w przyjaciół. Syriusz nauczył mnie, że dla bliskich trzeba się poświęcać, bo bez nich nasze życie traci sens. Mimo wad zawsze podziwiałam go jako człowieka - jest w moich oczach tak żywy, jakby nie był wcale papierowym wytworem wyobraźni autorki, a osobą z krwi i kości.

      Pojawia się też wątek podróży w czasie - ponadczasowy i ciekawy bez względu na formę, choć zazwyczaj problematyczny, bo ciężko uniknąć przy nim błędów. W tym przypadku takowych nie znalazłam, choć może skupiałam się na czym innym podczas czytania. Zmieniacz czasu wnosi do historii coś innego, daje nowe możliwości i rozwija akcję, która przyspiesza i robi się coraz bardziej interesująca.

      Mimo że książka jest dość mroczna, jest to jedyny tom, w którym nie pojawia się Voldemort. Dla niektórych może być to minusem, dla mnie jest to raczej pozytywny fakt - nareszcie mamy jakiś oddech, brak schematu. Wszystko skupia się na ucieczce Syriusza z Azkabanu i to wokół tego wątku zbudowana jest cała akcja.

      "Więzień Azkabanu" to pozycja bez wątpienia niezwykła, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Czytać ją można bez przerwy, bo wciąga niesamowicie - miewałam problemy z odłożeniem jej chociaż na chwilę, nawet po zakończonym rozdziale. Czytając, dosłownie czujemy się jak bohaterowie - przeżywamy to, co oni, zaczynamy myśleć z ich perspektywy, mamy nawet wrażenie, że sami bierzemy udział w ich przygodzie. I taka właśnie powinna być dobra książka - trzymać w napięciu, nie dać się oderwać i pozwalać poczuć się jak w centrum opisywanych wydarzeń. To pozycja idealna na każdą porę roku, dnia czy nocy, mądra, ale równocześnie przyjemna - lektura obowiązkowa dla każdego fana fantastyki :3 Polecam przeogromnie i daję zasłużone 6+/6 ;D


piątek, 25 lipca 2014

Harry Potter i Komnata Tajemnic

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Komnata Tajemnic"


Kolejna część "Harry'ego..." przeczytana, pora więc na krótkie sprawozdanie :P

      Nie ma co się rozpisywać - co do tego, że jest to moja ukochana seria, nic się nie zmieniło. Tę część lubię szczególnie, gdyż w sumie to od niej zaczęła się moja przygoda z Chłopcem, Który Przeżył. Pisałam wcześniej, że gdy miałam siedem lat, dostałam "Kamień Filozoficzny"; nie wspomniałam jednak, że jeszcze przedtem zetknęłam się z Harrym, oglądając na TVNie właśnie "Komnatę Tajemnic". Wprawdzie wiele z filmu nie zrozumiałam, ale jak dziś pamiętam, że najbardziej podobała mi się scena z wózkiem wpadającym na barierkę między peronami 9 i 10 ;)

      Książka czytana pomiędzy gotowaniem obiadu dla rodziny, zajadaniem lodów i wyprawami na basen, a czasem, co było najprzyjemniejsze, na leżaku, z kocem i kubkiem herbaty, budziła we mnie coraz nowsze wspomnienia. Przypuszczam, że to cecha wszystkich książek - kiedy czytamy je któryś raz, przypominamy sobie momenty, w których robiliśmy to wcześniej. Jak mawiał pewien bohater "Atramentowego serca", "Wspomnienia najlepiej trzymają się kart pokrytych drukiem" ^^ Drugą część serii pani Rowling przypomina mi dawne wakacje, plażę w Chorwacji, lody orzechowe... Kto by nie lubił takiej powieści?

      "Komnatę Tajemnic" lubię zdecydowanie bardziej niż "Kamień Filozoficzny". Choć główny bohater jest w podobnym wieku, da się dostrzec, że powieść robi się dojrzalsza; nie jest już pisana stricte pod najmłodszych czytelników. Swoją drogą, trzeba być naprawdę świetnym pisarzem, by język książki potrafić płynnie zmieniać i z każdą kolejną częścią dopasowywać do poziomu pierwszoplanowej postaci, która przecież jest od pisarki dużo młodsza. Zawsze podziwiałam autorów, którzy "dorastają" wraz ze swoim bohaterem - muszą być bardzo inteligentni i empatyczni. Dzięki nim postać dojrzewa na oczach czytelnika, co robi na mnie duże wrażenie.

      Za co tak bardzo lubię drugą część? Cóż, przede wszystkim za akcję i tajemnicę - legenda o Komnacie Tajemnic jest naprawdę ciekawa, bazyliszek i jego kolejne ofiary przywodzą na myśl prawie kryminał, a to przecież wszyscy w książkach lubimy - zagadkę, którą trzeba rozwiązać wraz z bohaterami. Mamy okazję dowiedzieć się sporo o historii Hogwartu i poznać nieco głównego wroga Harry'ego, Voldemorta. Nareszcie robi się ciekawie... No, a poza tym, pojawia się pierwszy horkruks - zaczyna się zabawa!

      Wspomnę jeszcze o jednej rzeczy, która zawsze powodowała u mnie podziw dla autorki i jednocześnie wpędzała w kompleksy, że ja czegoś takiego nie wymyśliłam. Jak genialnym trzeba być, żeby z Lorda Voldemorta stworzyć Toma Marvolo Riddle'a - imię nie dość, że sensowne i dobrze brzmiące, to jeszcze z podtekstem, bo "riddle" to przecież "zagadka"? Naprawdę, zazdroszczę geniuszu i chylę głowę :P

      Czego nauczył mnie drugi tom przygód Harry'ego, Rona i Hermiony? Oczywiście tego, co pierwszy, a także szacunku wobec innych bez względu na pochodzenie - książka porusza w końcu problem nietolerancji, bo pod wyzwisko "szlama" i bzdury o czystości krwi  możemy podstawić niemal każdą rasistowską teorię - oraz paru innych, nieco mniej ważnych rzeczy, jak to, żeby zawsze nosić ze sobą lusterko, bo za rogiem może pojawić się bazyliszek (tak, żartuję :P). Poza tym, wreszcie dowiedziałam się, jak wygląda kolor akwamarynowy! Ach, jeszcze dwie ważne sprawy: "To nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności" - mądre i dające do myślenia zdanie, pokazujące nam, że sami mamy wpływ na nasze życie - to, kim jesteśmy, nie ogranicza nas, a wręcz przeciwnie, daje nam pole manewru; zawsze mamy jakiś wybór. No i pouczenie pana Weasleya: "Nigdy nie ufaj nikomu i niczemu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg": moim zdaniem przydatne szczególnie dziś, w czasach wirtualnej przemocy i wszechobecnego internetu.

      To by było chyba na tyle - nie ma się co rozpisywać, przede mną jeszcze pięć części, w tym mój ukochany "Więzień Azkabanu" :D Potwór Slytherina został zabity, Puchar Domów zdobyty, a przed nami jeszcze miesiąc wakacji, z których radzę w pełni skorzystać :> Może czytając serię o uczniach Hogwartu? Kto wie - zawsze macie wybór, a ja mam nadzieję, że was do tego zachęciłam.

PS: Książkę czytałam w towarzystwie pysznych lodów z oreo, na które przepis możecie znaleźć na moim drugim blogu https://yellowmykitchen.blogspot.com

środa, 23 lipca 2014

Maraton filmowy

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Maraton filmowy

      Są ludzie, którzy twardo stąpają po ziemi i lubią żyć w realnym, całkowicie pozbawionym niezwykłości świecie. Są też tacy, którzy bywają w bibliotekach i kinach, ale nie przywiązują do tego zbyt wielkiej wagi. I są osoby, które, zapytane, wymienią paręset wymyślonych światów, do których chciałyby się przenieść i kilkadziesiąt postaci, które absolutnie uwielbiają, pomimo tego, że nie istnieją. Ja należę do tej trzeciej kategorii. Pasję do książek mam od dzieciństwa, kocham też chodzić do kina i oglądać filmy. Zaraziłam się tym chyba od mamy :P Zawsze byłam pod wrażeniem tego, jak reżyser i aktorzy mogą przenieść nas w zupełnie inny świat, sprawić, że zaczynamy wczuwać się w życie bohaterów i przejmować ich losem. Niektórzy twierdzą, że oglądanie filmów to głupota i życie iluzją; ja uważam, że to świetny sposób na odwrócenie swojej uwagi od codziennych problemów i fajna rozrywka! Dlatego wczoraj postanowiłam urządzić sobie z siostrą krótki maraton filmowy :D

Zwykle nie piszę recenzji filmów i teraz też nie będę. Powód jest prosty: nie potrafię. Chciałabym jednak podzielić się z kimś moimi odczuciami co do obejrzanych wczoraj pozycji.



Niezgodna

      Film, jak pewnie większość wie, jest ekranizacją bestselleru Veroniki Roth o tym samym tytule. Książka podobała mi się, antyutopie to moje klimaty, zaraz po fantasy. Jeżeli chodzi o film, uważam, że został przeniesiony na ekran z dużą precyzją i zadowalającym efektem; choć kilka szczegółów jest pominiętych lub zmienionych, przyjemnie się go ogląda. Poza tym, uwielbiam Shailene Woodley jako Tris - uważam, że fizycznie bardzo pasuje do tej roli (i jest naprawdę prześliczna), a i charakter głównej bohaterki odegrała bez zarzutów. Nieco mniej przypadł mi do gustu Theo James w roli Cztery, szczególnie pod względem wizualnym. No i Ansel Elgort jako Caleb! Kiedy występował w jednej scenie z Shailene, chciało mi się krzyczeć „To Augustus i Hazel, ludzie!“ :) (Dla niewtajemniczonych - zagrali w filmie „Gwiazd naszych wina“ parę nastolatków chorych na raka). Poza tym, film ma dynamiczną, wciągającą akcję, dużo się dzieje i nie da się przy nim nudzić. Jest wiele brutalnych scen, ale w przypadku „Niezgodnej“ uważam to za plus - jest realnie i zgodnie z książką. Oczywiście ekranizacja ta zyskuje też dzięki świetnej muzyce i scenografii (chociaż stroje Altruistów są okropne). Podsumowując: polecam wielbicielom akcji i fanom książki - nie będziecie zawiedzeni :>
Ocena: 5/6



Dary Anioła: Miasto Kości

      Tu sprawy mają się już nieco gorzej ;( Film również jest ekranizacją, powstał na podstawie książki C. Clare, którą osobiście uwielbiam. Niestety nie podobał mi się aż tak bardzo jak pierwowzór. Właściwie nie potrafię podać jednego, konkretnego powodu; sporo rzeczy po prostu mi nie grało. Jeśli chodzi o zgodność z powieścią, myślę, że spokojnie można by film porównywać do ekranizacji serii o Harrym Potterze: szczegółów ominiętych tyle, że aż boli, nowe, zupełnie bezsensownie dodane sceny (pianino, Bach i portal: ja się pytam, co???), poplątana i nieprzejrzysta akcja... Denerwowały mnie wstawki z drugiej i trzeciej części trylogii, a także zupełnie nieadekwatni do pierwowzoru bohaterowie. Lily Collins nie była zła, choć czasami miało się ochotę krzyknąć „Clary, weź się w garść!“. Książkowa Clarrisa nie była chyba aż tak nieporadna :D Z góry przepraszam wszystkie fanki, ale Jamie Campbell - Bower jako Jace to zupełnie nietrafiony wybór - nie pasował ani z wyglądu, ani z charakteru do odgrywanej postaci. Może to kwestia ostrego treningu na planie filmowym, ale tak wychudzonego Jace’a w życiu sobie nie wyobrażałam. Co do gry aktorskiej: może nie jestem ekspertem, ale dla mnie kompletnie nie czuł swojej roli: zabawne fragmenty wygłaszał jak mowę pogrzebową (w efekcie sceny, na których w książce turlałam się ze śmiechu, tu kwitowałam zaledwie uśmiechem), a te wzruszające, emocjonalne odgrywał jak drewno. Był jeszcze Alec - ten nieśmiały, udręczony Alec, który na ekranie był chamski i ordynarny za dwóch. Jednak największą porażką okazał się moim zdaniem Valentine, który z wyrachowanego, zimnego manipulatora został przeistoczony w psychopatę o wyglądzie mafiosy. Owszem, Valentine był zły, ale w jakiś sposób kochał jednak Jace’a i nie wyobrażam sobie jego książkowej wersji uderzającej głową syna o pianino. Na szczęście wszystko uratował Robert Sheehan, wczuwając się w Simona tak idealnie, że udało mi się go polubić :D No i wielki minus za brak pełnej historii o sokole!
Mogłabym rozpisywać się o tych wszystkich nieścisłościach jeszcze dłuuugo, ale w gruncie rzeczy nie mam ochoty już tego rozwlekać. Film mimo wszystko nie był zły, zaplusował muzyką i scenografią (Instytut był nieziemski!), a także wartką akcją (momentami może zbyt wartką: oglądająca ze mną siostra, która nie czytała książki, nie zrozumiała z filmu zupełnie nic, tłumacząc, że nie nadąża za tym wszystkim...). Nie oczekuję w napięciu kontynuacji; wolę raczej zadowolić się ponownym przeczytaniem powieści. Mimo wszystko jednak uważam, że dla fanów pani Clare może być to niezła rozrywka, o il tylko nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań. Daję 3/6.



Van Helsing

      Film akurat na wieczór: lużny, niezobowiązujący, niezbyt skomplikowany, za to dynamiczny, ciekawy i, cóż, po prostu fajny! Nie jest częścią żadnej serii, więc można go oglądać bez znajomości jakichś faktów, łatwo też wszystko zrozumieć, bo historia jest tworzona od razu pod scenariusz filmowy. Akcja jest bardzo szybka, nie nudzi się. Wszystko zaczyna się od wstawki z Frankensteina, by przejść bez niepotrzebnych przerw w walkę Van Helsinga - poszukiwanego zabójcy potworów, Lewej Ręki Boga. Pracuje on dla zakonu rzymskiego, który zajmuje się unicestwianiem zła w postaci najróżniejszych monstrum. Przewodnim wątkiem filmu jest poszukiwanie przez głównego bohatera i Annę, rumuńską księżniczkę, hrabiego Drakuli.

      Wszystko dzieje się szybko, jest dużo walki i mordowania potworów. Gdybym miała określić gatunek filmu, postawiłabym na coś pomiędzy niezbyt strasznym horrorem a fantasy. Główny bohater ma w zanadrzu mnóstwo sztuczek i nie da się go nie polubić. Jest zawadiacki, uroczy i odważny, a ten Hugh Jackman... Anna też jest ciekawą postacią, silną i dzielniejszą od większości znanych nam z filmów kobiet. Denerwowała mnie nieco, bo wciąż ją ktoś porywał - taki mały kompleks Mary Jane ;) Interesujący jest też Frankenstein zupełnie odmienny niż ten, którego znamy z przerażających opowieści. No i oczywiście David Venham jako prawa ręka Van Helsinga, mój ukochany Faramir z Władcy Pierścieni z krótką grzywką ^^

     Scenografia przypomina typowy horror - stare zamki, cmentarz i mroczne lasy tworzą świetne tło dla licznych fantastycznych elementów filmu. Każdy wampir świetnie by się tam poczuł :>

      Suma sumarum, "Van Helsing" to naprawdę fajna odskocznia od codzienności - jeżeli chcecie poczuć na plecach oddech wilkołaka czy spojrzeć w oczy oblubienicy wampira, to coś dla was ;) Niespecjalnie ambitny, ale też dzięki temu prosty i nienadumany, nadaje się na leniwe nocne oglądanie, z popcornem i paczką chusteczek dla wrażliwszych (koniec jest smutny :C) Polecam każdemu fanowi fantastyki :>
Ocena 5-/6



Sindbad: Legenda siedmiu mórz

 Co tu dużo gadać - po prostu najfajniejsza bajka mojego dzieciństwa!

      Macie czasami tak, że po obejrzanym filmie zadajecie sobie pytanie: czemu mnie nie spotkało coś takiego? Ja mam właśnie tak po większości bajek :D Mimo nieprzystającego wieku lubię czasem obejrzeć coś Disneya czy Dreamworks i zawsze potem dopada mnie smutek, że prawdziwe życie tak nie wygląda. Mam też kilka bajek, które oglądałam całe dzieciństwo, i "Sindbad" jest jedną z nich. To coś idealnie dla mnie, przygody, piraci, romans, grecka bogini, no i przystojny, wygadany główny bohater ;D Oj tak, Sindbad był pierwszą wielką miłością mojego życia - kiedy miałam 5 lat, nie znałam jeszcze Viggo Mortensena XD Teraz przypomina mi nieco Flynna Ridera :> Zresztą wszyscy bohaterowie są super - cała załoga, naiwnie szlachetny Proteus, odważna Marina, której kłótnie z Sindbadem są tak urocze, że nie mogę wytrzymać, a nawet wredna, egoistyczna Eris. Jeśli chodzi o animację, jest nieco dziwna - połączenie komputerowych potworów z tradycyjnymi, rysunkowymi postaciami tworzy kontrast, do którego trzeba chwilę się przyzwyczajać. Za to muzyka... jej, muzyka jest nieziemska <3

      Nie będę się dłużej rozpisywać - przy bajkach jestem ciut nieobiektywna, bo niepoprawna ze mnie marzycielka i romantyczka ^^ Ocena też jest mało sprawiedliwa, kocham "Sindbada" za bardzo, żeby postawić coś innego niż 6/6 :3


środa, 16 lipca 2014

Harry Potter i Kamień Filozoficzny



J. K. Rowling - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"

"Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie"

"Ludzie mają wrodzony talent do wybierania właśnie tego, co dla nich najgorsze"

      Macie takie książki, bez których nie wyobrażacie sobie dzieciństwa? Historie, które przeczytane dawno temu pozostają z wami aż do dzisiaj i nie potraficie z nich wyrosnąć? Opowieści, wraz z którymi dorastaliście i które były waszymi pierwszymi po rodzicach nauczycielami? Ja mam kilka, a jedną z najważniejszych jest z pewnością seria o Harrym Potterze.

      W każde wakacje nachodzi mnie taka chwila, gdy myślę, że chciałabym być wiecznie dzieckiem. Latem wszystko wydaje się tak łatwe i przyjemne, dni są ciepłe i leniwe... Zawsze wtedy sięgam kolejny raz po całą serię pani Rowling, przypominam sobie wszystko od nowa; znam te książki niemal na pamięć, a i tak za każdym razem bawię się z nimi tak samo dobrze. Tak zrobiłam i w te wakacje.

      Obiecałam sobie, że będę umieszczać na blogu recenzję każdej przeczytanej książki. Dlatego długo myślałam nad napisaniem recenzji "Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego", którego właśnie przeczytałam. W końcu jednak uznałam, że nie potrafię - mam zbyt wielki sentyment do tych książek, by je oceniać, pisać o stylu autorki czy bohaterach. Mogę najwyżej napisać, czym dla mnie są te książki i co czuję, gdy je czytam, i tym zajmę się w tym poście.

      Pierwszą część "Harry'ego..." dostałam w wieku siedmiu lat od cioci, która sama była zaciekawiona wykreowanym przez J.K. Rowling światem. Przeczytałam i... wpadłam :D Byłam tak zachwycona Hogwartem, że gdyby mnie ktoś spytał, pewnie bez wahania bym tam zamieszkała, podobnie zresztą jak prawie każdy fan tej serii. Urzekła mnie atmosfera książki, a także mądrzy i przemyślani bohaterowie, z których każdy miał własny charakter i historię. Wtedy jeszcze nie patrzyłam na książkę kategoriami stylu, akcji itd., ale czytało mi się ją wyjątkowo lekko i, mimo że 350 stron to dla siedmiolatki niemało, przebrnęłam przez nią w parę dni.

      "Kamień Filozoficzny" jest specyficznym tomem, ponieważ napisany jest głównie z myślą o dzieciach. Jak to się jednak dzieje, że w dużej mierze właśnie dorośli (albo prawie dorośli, jak ja ;D) się w nim zaczytują? To już chyba zasługa magii tej książki :D Widać jednak, że ta część cyklu skierowana jest do młodszych - język nie jest zbyt skomplikowany, a wszystko jest jasno i prosto wytłumaczone. Przez strony powieści przebija bajkowość, autorka dopiero wprowadza nas w zaczarowany świat. Wydarzenia nie są też tak brutalne jak w następnych częściach.

      Czego nauczył mnie "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"? Może jeszcze nie głębszych prawd życiowych, ale ważnych rzeczy. W tamtej siedmiolatce zaczął kształtować wrażliwość i empatię, a także pokazał przyjaźń i odwagę wartą naśladowania. Bezsprzecznie jest to mądra książka, która ukazuje świat w sposób czysty i pozbawiony fałszu. W tym tomie jest jeszcze bardzo wyraźny podział na dobro i zło - wiemy, kogo powinniśmy nienawidzić, a komu kibicować.

      Czy mi się podobało, po raz nie wiem który? Oczywiście! Żadna część "Harry'ego" nigdy mi się nie znudzi i, mimo że pierwsza nie jest moją ulubioną, była warta powrotu na znane już strony. Przeczytam ją jeszcze z pewnością nie raz i jestem z tego dumna :P Oceny nie wystawię, bo dla mnie każda część tej serii zasługuje na 6+.

PS: Książkę mam jeszcze w starej, podniszczonej okładce - dużo przecierpiała, gdy musiałam chować ją przed tatą :>
PPS: Czy jestem jedyną osoba, która śmieje się jak głupia na fragmencie "Mars jasno dziś płonie"? :D Dla mnie centaury to po prostu mistrzostwo :3