W dzisiejszym poście zamieszczam dwie recenzje jednocześnie, ponieważ w związku z wakacjami i gwałtownym atakiem lenistwa pierwszej nie opublikowałam od razu ;) Miłego czytania!
Alexandra Bracken - "Nigdy nie gasną" oraz "Po zmierzchu"
"Nigdy nie gasną"
Mrok kryje się w każdym z nas. Łatwo o tym zapomnieć, kiedy siedzi się wygodnie w fotelu i rozwiązuje krzyżówki; są jednak sytuacje, które wyzwalają w nas ciemną stronę, obnażają wszystkie ułomności ludzkiej natury i uwalniają najgorsze instynkty. Wojna, głód, choroby - wszystkie najgorsze plagi tego świata sprawiają, że ludzie kradną i zabijają niemal bez opamiętania. Nawet ci, którzy zawsze kierowali się niezłomnie swoim sumieniem i żyli moralnie, często gubią się we własnym umyśle i robią rzeczy, o które nigdy byśmy ich nie podejrzewali. W takich sytuacjach zadawać można wciąż jedno pytanie: co robić, by przetrwać, zachowując przy tym swoje człowieczeństwo? Jak żyć dobrze w czasach wielkiego zła?
Z tym dylematem musi radzić sobie Ruby przez niemal cały drugi tom „Mrocznych umysłów“. W „Nigdy nie gasną“ główną bohaterkę oglądamy w momencie, kiedy jest już po sześciomiesięcznym szkoleniu w Lidze Dzieci. Zostaje jej powierzona niezwykle niebezpieczna, ważna misja - musi odzyskać pendrive’a z zapisem tajnych danych. Żeby jednak to zrobić, konieczne jest odnalezienie Liama, o którym Ruby stara się bezskutecznie zapomnieć. Dziewczyna rusza więc na poszukiwania, podczas których niejednokrotnie będzie gubić się w plątaninie własnych uczuć i myśli oraz walczyć nie tylko z silniejszymi od siebie przeciwnikami, ale także często z własnym sumieniem i moralnością.
Akcja książki jest wartka, rzadko zatrzymuje się na jakiś postój - pędzi do przodu, nie dając czytelnikowi chwili wytchnienia. To powieść dla tych, którzy nie lubią odpoczywać podczas czytania. Początek jest bardzo chaotyczny i powiedziałabym nawet - choć pewnie będę posądzona o czepialstwo - że niemal niemożliwy do zrozumienia. Gubiłam się przez pierwsze trzy rozdziały w pogmatwanej akcji i niechronologicznie ułożonych wydarzeniach, na szczęście później wszystko się ustabilizowało. Zdarzały się fragmenty, w których nie nadążałam za narracją, ale w gruncie rzeczy wszystko zrozumiałam. Całokształt fabuły bardzo mi się podobał - autorka musi mieć gdzieś na swoim podwórku jakąś niewyczerpaną studnię pomysłów, do której wciąż sięga. Wprowadza ciekawe, liczne wątki poboczne, wymyśla nowe intrygi i mroczne wydarzenia, nieraz zaskakując czytelnika. Akcja była o wiele szybsza, ciekawsza i po prostu lepsza od tej w „Mrocznych umysłach“.
W przypadku poprzedniego tomu napisałam, że język był pospolity i potoczny. Po przeczytaniu sequelu stwierdzam, że albo miałam zły dzień, albo styl Alexandry Bracken znacząco się poprawił. Opisy stały się plastyczniejsze i mniej lakoniczne, a sam sposób prowadzenia narracji stał się przyjemniejszy dla oczu. Ruby wciąż lubi rozmyślać nad swoją niedolą, ale tym razem jest to o tyle zrozumiałe, że nieraz naprawdę ma nad czym rozmyślać. Główna bohaterka dojrzewa, przestaje być niepewną, roztrzęsioną dziewczynką z obozu Thurmond, a staje się zdecydowaną wojowniczką. Jej dylematy stają się więc o wiele ciekawsze, a jej myśli są bardzo intrygująco wprowadzone do utworu. Głównym problemem Ruby staje się konflikt między wolą przetrwania i zemsty a moralnością, siłą wewnętrzną a sumieniem. Czy powinno się wykorzystywać swoje zdolności, by odpłacać się swoim oprawcom pięknym za nadobne? Jak daleko można posunąć się w brutalności, by nie zmieniła się ona w zło? Czy własne szczęście może być okupione ceną nieszczęścia innych? Wszystkie te pytania główna bohaterka zadaje sobie przez cały tom, co sprawia, że powieść staje się intrygująca nie tylko pod względem akcji, ale także psychologii człowieka. Każde zachowanie Ruby w ekstremalnej sytuacji zabarwione jest wahaniem lub wyrzutami sumienia, dzięki czemu wszystko nabiera autentyzmu.
W kwestii bohaterów także wiele się zmieniło - wprawdzie nie udało mi się jeszcze w pełni polubić Ruby, ale stała się ona, jak już napisałam, zdecydowanie ciekawszą postacią. Liam i Pulpet wciąż mnie nie zachwycają, a skoro jestem już przy nich, muszę wyznać, że wątek romantyczny w książce jest dla mnie średnio zrozumiały. Dlaczego Liam i Ruby wciąż się nawzajem odrzucają, skoro każde z nich jest nieszczęśliwe osobno? Ich związek nie jest zabroniony przez nic ani nikogo, a w dodatku stanowią świetną parę, mogli by więc skończyć ze swoją romantyczną ascezą i wreszcie zejść się na dobre. Cóż, bardzo im kibicuję. Na szczęście w książce pojawia się kilkoro ciekawszych bohaterów - poznajemy m. in. uroczego Cole’a Stewarta, który jest jeszcze nieco niedopracowany, ale ma ogromny potencjał. Clancy Grey, podobnie jak Ruby, w tym tomie nieco zyskuje, pojawia się też barwna postać Vidy. Ja osobiście uwielbiam również Jude’a, który ma w sobie coś przyciągającego i jest niesamowicie uroczą, autentyczną i bardzo dopracowaną postacią.
W recenzji „Mrocznych umysłów“ napisałam, że mam nadzieję, iż „dalsza historia rozwinie skrzydła i wyrwie czytelnikom serca w całości“. Cóż, nadzieja umiera ostatnia, i słusznie - „Nigdy nie gasną“ nie zawiodło moich oczekiwań. Druga część serii podobała mi się o wiele bardzie niż pierwsza i mam nadzieję, że ta tendencja wzwyż się utrzyma. Czekam z niecierpliwością na trzeci tom trylogii (po takim zakończeniu ciężko nie czekać!), a wszystkim fanom antyutopii radzę jak najszybciej zapoznać się z książkami Alexandry Bracken.
Ocena: 5+/6
"Po zmierzchu"
Po „Zmierzchu“ ... nadchodzi trzeci tom „Mrocznych umysłów“! Przepraszam, to był taki głupi żarcik sytuacyjny. Nienawidzę porównań do „Zmierzchu“. W ogóle nie cierpię porównań. Cóż, teraz już chociaż wiecie, że będę pisała o „Po zmierzchu“ ;)
Każda historia kiedyś się kończy. W przypadku historii Ruby kończy się ona grubym tomem w czerwono - czarnej okładce, zatytułowanym tajemniczo i z lekka dramatycznie „Po zmierzchu“. Jego strony otwierałam z mieszaniną lęku i zaciekawienia, bo, jak wiadomo, ostatnie części antyutopijnych serii są zwykle bardzo krwawe. Byłam gotowa na łzawe pożegnania, brutalne śmierci i okrutne zdrady. Wierzyłam, że książka rozłoży mnie na łopatki i nie oszczędzi nawet resztek moich uczuć... Czy pokładałam swoją wiarę na próżno, czy książka rzeczywiście wypędziła ze mnie wszelkie szczątki optymizmu?
„Po zmierzchu“ opowiada o ostatnim etapie walki dzieci z prezydentem Greyem. Siedziba Ligi Dzieci została zniszczona, a dorośli agenci zwracają się przeciwko młodym rewolucjonistom. Garstka dzieci ocalonych z obozów i nieliczni agenci wciąż jednak chcą walczyć z niesprawiedliwym systemem. Ukryci w ostatniej możliwej kryjówce Cole i Ruby stoją na czele opozycji i razem planują odbicie dzieci z obozów rehabilitacyjnych. Każde z nich ma jednak własny cel: Ruby obsesyjnie myśli o wyzwoleniu Thurmond, Cole wciąż zmaga się ze swoją naturą Czerwonego, a Liam w poczuciu wykluczenia realizuje własne pomysły na walkę z prezydentem. Ukrywane żale i emocje boleśnie splatają się z nieuniknioną wojną, a nadzieja na wygraną staje się coraz słabsza. Wygrana wymaga ofiar, a każdy będzie musiał je złożyć na swój sposób.
Gdybym miała stworzyć ranking książek z tej serii, „Po zmierzchu“ znalazłaby się na drugim miejscu. Nie przebiła ona niestety „Nigdy nie gasną“, a szkoda - miała potencjał, i to duży. Drugi tom wspominam jednak lepiej, przede wszystkim dlatego, że więcej się działo - w „Po zmierzchu“ akcja niemal cały czas toczy się w tym samym miejscu i skupia się głównie na rozterkach i intrygach głównych bohaterów. Nie powiem, żeby było to nudne, bo pani Bracken potrafi utrudnić swoim postaciom życie, ale mimo wszystko ciekawsze dla mnie były wydarzenia w poprzednim tomie. Jeśli chodzi o samą fabułę, była bardzo dobra, obfitowała w zagadki i zwroty akcji, dzięki którym chciało się czytać dalej.
Wspomnę może o wątku romantycznym. Przede wszystkim, ogromny plus dla autorki, że przez całą serię nie wprowadziła do utworu trójkąta miłosnego! Nienawidzę ich tak straszliwie, że zawsze mam ochotę rzucać książką, gdy na jakiś natrafię. Bracken udało się nie przyprawić mnie o białą gorączkę ciągłym rozpaczliwym wybieraniem między dwoma idealnymi mężczyznami, choć momentami miałam wrażenie, że główna bohaterka kręci nieco także z drugim bratem Stewartem. Na szczęście wątek romantyczny był w porządku, mnie osobiście irytowała tylko trochę Ruby, która ciągle wynajdywała w swoim związku jakieś problemy. No i, słodki Jezu, czy ona nie widziała, że Liam jest zazdrosny o własnego brata? Czy nie mogła z nim porozmawiać i wyjaśnić mu, że nic nie ma między nią a Cole' em? Ech, kobiety... Cóż, miłości w książce mieliśmy pod dostatkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że autorka zafundowała nam także drugą parę (od początku wiedziałam, że oni będą razem ;D)
Wiadomo powszechnie, że niełatwo jest napisać dobre zakończenie, takie, które usatysfakcjonowałoby zarówno autora, jak i czytelników. Zakończenie pani Bracken nie jest idealne - to typowy amerykański happy end, który z pewnością zawiedzie co bardziej wymagających odbiorców. Choć można podsumować je zdaniem „a bohaterowie radośnie odeszli w stronę zachodzącego słońca“, uważam, że nie warto się tego czepiać. Jako zagorzała fanka Disneya kocham szczęśliwe finały i w gruncie rzeczy cieszę się, że bohaterowie choć częściowo zostali obdarzeni uśmiechem losu. Zresztą oprócz baśniowego końca warto wziąć pod uwagę to, że wcześniej nic nie szło po myśli postaci i życie dokopywało im co chwilę. O dziwo, książka mimo brutalności nie obfitowała w wiele tragicznych śmierci - mnie poruszyła właściwie tylko jedna, okrutna i zaskakująca (jeśli czytaliście, to wiecie, o kim mówię).
Cóż, były zdrady, były pożegnania i śmierć. Bez wcześniej wspomnianych epitetów, ale jednak. „Po zmroku“ nie powaliła mnie na ziemię i nie wpędziła w depresję, okazała się też nieco gorsza od poprzedniczki. Miała jednak to, co lubię w tego typu książkach, to połączenie akcji i emocji, które napędza we mnie chęć do dalszego brnięcia w historię. Nie żałuję czasu spędzonego z powieścią i czekam na następne - mam nadzieję - dzieła Alexandry Bracken. Może następnym razem pojawi się tam jakiś bohater, który zawładnie moim sercem niczym Syriusz Black czy Will Herondale? Kto wie?
PS: Dlaczego główna bohaterka zawsze musi zemdleć podczas ostatecznej akcji???
Ocena: 5/6
"Niektórych książek wystarczy skosztować, inne się połyka, a tylko nieliczne trzeba przeżuć i strawić do końca" - Cornelia Funke "Atramentowe serce"
La Sesame, czyli skarbiec moich książek i kilka słów o nich :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyutopia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lipca 2015
niedziela, 24 maja 2015
Mroczne umysły
Alexandra Bracken - "Mroczne umysły"
Moim ulubionym zaklęciem w „The Sims: Średniowiecze“ był zawsze cios psioniczny. Używałam go nagminnie, testowałam na każdym nielubianym przechodniu i wyobrażałam sobie, jaką świetną sprawą byłoby posiadanie takich umiejętności w realnym życiu. Nigdy jednak nie zastanawiałam się głębiej nad tym, co tak właściwie oznacza słowo "psionika“. Po lekturze „Mrocznych umysłów“ postanowiłam nieco zagłębić się w temat i odkryłam, że jest to termin pochodzący z parapsychologii i oznaczający po prostu ogół zjawisk paranormalnych. Cóż, ciekawa sprawa; choć nieco już przeżuta przez wszystkich pisarzy fantasy i science fiction, jednak wciąż na topie i z dużym potencjałem. Ten potencjał zyskała dzięki niej książka Alexandry Bracken, którą niedawno przygarnęłam na swoją półkę. Pytanie tylko, czy był to potencjał w pełni wykorzystany?
„Mroczne umysły“ opowiadają historię antyutopijnej Ameryki Północnej z przyszłości - świat (czytaj: Stany Zjednoczone) został spustoszony przez tajemniczą chorobę OMNI, która sieje czystki wśród dzieci, pozostawiając przy życiu tylko te ze zdolnościami parapsychicznymi. Psi, bo tak zostały nazwane one przez rząd, są przewożone do obozów rehabilitacyjnych, zmuszane do pracy, pozbawiane własnej woli i nierzadko poddawane torturom. Jedną z nich jest Ruby, Pomarańczowa, która potrafi wnikać w ludzkie umysły i manipulować nimi. W tajemniczych okolicznościach ucieka ona z obozu i tak zaczyna się jej historia, w którą wgłębiamy się wraz z kolejnymi stronami powieści.
Opis brzmi jak całkiem niezły horror, ale również bardzo standardowa antyutopijna powieść młodzieżowa - mamy bohaterkę, która przeciwstawia się systemowi, tajemniczą chorobę i złego prezydenta. Schemat jest bardzo znany, ale i lubiany - może więc cały urok młodzieżówek w tym, że wszystkie są do siebie podobne? Sam pomysł dzieci z nadnaturalnymi umiejętnościami jest dość nowy i wnosi pewną świeżość do tego gatunku. Ani Katniss, ani Tris, ani żadna dotychczasowa -is nie potrafiła pozbawiać ludzi wspomnień, co daje nadzieję, że historia Ruby będzie jednak różnić się od pozostałych. Jeśli chodzi o fabułę, to pierwsza część trylogii jest oryginalna, potrafi wciągnąć i zaciekawić czytelnika, a momentami trzyma go w napięciu lub rozdziera mu serce, jak to się dzieje w przypadku zakończenia.
Alexandra Bracken jest debiutującą i młodą pisarką. Język jej powieści jest więc dość potoczny, ale zadowalający - książkę łatwo się czyta i nie ma w niej raczej błędów czy denerwujących powtórzeń. Może jest jeszcze nie do końca dopracowany, bo nie płynęłam przez niego, jak się to działo w przypadku Rowling czy Clare, ale może to też kwestia gustu - pani Bracken pisze dość konkretnie i lakonicznie, a ja jestem zaprzysiężoną fanką artystycznych opisów. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to pierwszoosobowa narracja, która w tym przypadku jakoś mnie nie uwiodła.
Oddzielna sprawa to bohaterowie, czyli, jak już wiecie, moja ulubiona część każdej książki. Oczekuję od nich zawsze najwięcej - chcę, by byli nieoczywiści, pełni sprzeczności, emocjonalni lub po prostu tacy, żeby skradli moje serce bez konkretnej przyczyny. Gdybym została kiedyś profesorem nauk literackich, zawsze powtarzałabym uczniom, że mają tworzyć postacie, które zawładną myślami czytelnika na długo i zawisną na jego ścianie z plakatami obok sław z krwi i kości. Jeśli zaś chodzi o postacie z „Mrocznych umysłów“, żadna jakoś nie znalazła się w rankingu moich ulubionych. Polubiłam Liama i Pulpeta, chodź wydawali mi się nieco nudni, z kolei Ruby jakoś działała mi na nerwy. Podobnie było z Clancym Greyem - jak cudownie by nie był opisany, jakoś nie mogłam poczuć do niego ani odrobiny sympatii. Od początku wydawało mi się, że jest z nim coś nie w porządku. Pozostałe postacie były zarysowane na tyle delikatnie, że żadna nie wbiła mi się szczególnie w pamięć, może poza Zu, która była jedną z ciekawszych kreacji.
Gdyby zrobić bilans plusów i minusów, byłyby pewnie one na tym samym poziomie. Sama historia była naprawdę ciekawa, podobało mi się przedstawienie Thurmond, a także East River, obozu, który z niewiadomych przyczyn kojarzył mi się wciąż z Obozem Herosów w „Percym Jacksonie“, tyle tylko, że nieco mniej dopracowanym i ze słabszą atmosferą. Książka z pewnością ma potencjał, tyle tylko, że jest on jeszcze nie w pełni wykorzystany - trzeba by nieco popracować nad bohaterami oraz doszlifować kilka aspektów fabuły. Pierwsza część trylogii jest na razie jedynie wstępem do dalszej historii, która - mam nadzieję - rozwinie skrzydła i wyrwie czytelnikom serca w całości. Cóż, pozostało mi tylko zabrać się za drugi tom i czekać na potwierdzenie swojej teorii - na razie daję 4/6 i czekam na więcej!
środa, 23 lipca 2014
Maraton filmowy
Maraton filmowy
Są ludzie, którzy twardo stąpają po ziemi i lubią żyć w realnym, całkowicie pozbawionym niezwykłości świecie. Są też tacy, którzy bywają w bibliotekach i kinach, ale nie przywiązują do tego zbyt wielkiej wagi. I są osoby, które, zapytane, wymienią paręset wymyślonych światów, do których chciałyby się przenieść i kilkadziesiąt postaci, które absolutnie uwielbiają, pomimo tego, że nie istnieją. Ja należę do tej trzeciej kategorii. Pasję do książek mam od dzieciństwa, kocham też chodzić do kina i oglądać filmy. Zaraziłam się tym chyba od mamy :P Zawsze byłam pod wrażeniem tego, jak reżyser i aktorzy mogą przenieść nas w zupełnie inny świat, sprawić, że zaczynamy wczuwać się w życie bohaterów i przejmować ich losem. Niektórzy twierdzą, że oglądanie filmów to głupota i życie iluzją; ja uważam, że to świetny sposób na odwrócenie swojej uwagi od codziennych problemów i fajna rozrywka! Dlatego wczoraj postanowiłam urządzić sobie z siostrą krótki maraton filmowy :D
Zwykle nie piszę recenzji filmów i teraz też nie będę. Powód jest prosty: nie potrafię. Chciałabym jednak podzielić się z kimś moimi odczuciami co do obejrzanych wczoraj pozycji.
Niezgodna
Film, jak pewnie większość wie, jest ekranizacją bestselleru Veroniki Roth o tym samym tytule. Książka podobała mi się, antyutopie to moje klimaty, zaraz po fantasy. Jeżeli chodzi o film, uważam, że został przeniesiony na ekran z dużą precyzją i zadowalającym efektem; choć kilka szczegółów jest pominiętych lub zmienionych, przyjemnie się go ogląda. Poza tym, uwielbiam Shailene Woodley jako Tris - uważam, że fizycznie bardzo pasuje do tej roli (i jest naprawdę prześliczna), a i charakter głównej bohaterki odegrała bez zarzutów. Nieco mniej przypadł mi do gustu Theo James w roli Cztery, szczególnie pod względem wizualnym. No i Ansel Elgort jako Caleb! Kiedy występował w jednej scenie z Shailene, chciało mi się krzyczeć „To Augustus i Hazel, ludzie!“ :) (Dla niewtajemniczonych - zagrali w filmie „Gwiazd naszych wina“ parę nastolatków chorych na raka). Poza tym, film ma dynamiczną, wciągającą akcję, dużo się dzieje i nie da się przy nim nudzić. Jest wiele brutalnych scen, ale w przypadku „Niezgodnej“ uważam to za plus - jest realnie i zgodnie z książką. Oczywiście ekranizacja ta zyskuje też dzięki świetnej muzyce i scenografii (chociaż stroje Altruistów są okropne). Podsumowując: polecam wielbicielom akcji i fanom książki - nie będziecie zawiedzeni :>
Ocena: 5/6
Dary Anioła: Miasto Kości
Tu sprawy mają się już nieco gorzej ;( Film również jest ekranizacją, powstał na podstawie książki C. Clare, którą osobiście uwielbiam. Niestety nie podobał mi się aż tak bardzo jak pierwowzór. Właściwie nie potrafię podać jednego, konkretnego powodu; sporo rzeczy po prostu mi nie grało. Jeśli chodzi o zgodność z powieścią, myślę, że spokojnie można by film porównywać do ekranizacji serii o Harrym Potterze: szczegółów ominiętych tyle, że aż boli, nowe, zupełnie bezsensownie dodane sceny (pianino, Bach i portal: ja się pytam, co???), poplątana i nieprzejrzysta akcja... Denerwowały mnie wstawki z drugiej i trzeciej części trylogii, a także zupełnie nieadekwatni do pierwowzoru bohaterowie. Lily Collins nie była zła, choć czasami miało się ochotę krzyknąć „Clary, weź się w garść!“. Książkowa Clarrisa nie była chyba aż tak nieporadna :D Z góry przepraszam wszystkie fanki, ale Jamie Campbell - Bower jako Jace to zupełnie nietrafiony wybór - nie pasował ani z wyglądu, ani z charakteru do odgrywanej postaci. Może to kwestia ostrego treningu na planie filmowym, ale tak wychudzonego Jace’a w życiu sobie nie wyobrażałam. Co do gry aktorskiej: może nie jestem ekspertem, ale dla mnie kompletnie nie czuł swojej roli: zabawne fragmenty wygłaszał jak mowę pogrzebową (w efekcie sceny, na których w książce turlałam się ze śmiechu, tu kwitowałam zaledwie uśmiechem), a te wzruszające, emocjonalne odgrywał jak drewno. Był jeszcze Alec - ten nieśmiały, udręczony Alec, który na ekranie był chamski i ordynarny za dwóch. Jednak największą porażką okazał się moim zdaniem Valentine, który z wyrachowanego, zimnego manipulatora został przeistoczony w psychopatę o wyglądzie mafiosy. Owszem, Valentine był zły, ale w jakiś sposób kochał jednak Jace’a i nie wyobrażam sobie jego książkowej wersji uderzającej głową syna o pianino. Na szczęście wszystko uratował Robert Sheehan, wczuwając się w Simona tak idealnie, że udało mi się go polubić :D No i wielki minus za brak pełnej historii o sokole!
Mogłabym rozpisywać się o tych wszystkich nieścisłościach jeszcze dłuuugo, ale w gruncie rzeczy nie mam ochoty już tego rozwlekać. Film mimo wszystko nie był zły, zaplusował muzyką i scenografią (Instytut był nieziemski!), a także wartką akcją (momentami może zbyt wartką: oglądająca ze mną siostra, która nie czytała książki, nie zrozumiała z filmu zupełnie nic, tłumacząc, że nie nadąża za tym wszystkim...). Nie oczekuję w napięciu kontynuacji; wolę raczej zadowolić się ponownym przeczytaniem powieści. Mimo wszystko jednak uważam, że dla fanów pani Clare może być to niezła rozrywka, o il tylko nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań. Daję 3/6.
Van Helsing
Film akurat na wieczór: lużny, niezobowiązujący, niezbyt skomplikowany, za to dynamiczny, ciekawy i, cóż, po prostu fajny! Nie jest częścią żadnej serii, więc można go oglądać bez znajomości jakichś faktów, łatwo też wszystko zrozumieć, bo historia jest tworzona od razu pod scenariusz filmowy. Akcja jest bardzo szybka, nie nudzi się. Wszystko zaczyna się od wstawki z Frankensteina, by przejść bez niepotrzebnych przerw w walkę Van Helsinga - poszukiwanego zabójcy potworów, Lewej Ręki Boga. Pracuje on dla zakonu rzymskiego, który zajmuje się unicestwianiem zła w postaci najróżniejszych monstrum. Przewodnim wątkiem filmu jest poszukiwanie przez głównego bohatera i Annę, rumuńską księżniczkę, hrabiego Drakuli.
Wszystko dzieje się szybko, jest dużo walki i mordowania potworów. Gdybym miała określić gatunek filmu, postawiłabym na coś pomiędzy niezbyt strasznym horrorem a fantasy. Główny bohater ma w zanadrzu mnóstwo sztuczek i nie da się go nie polubić. Jest zawadiacki, uroczy i odważny, a ten Hugh Jackman... Anna też jest ciekawą postacią, silną i dzielniejszą od większości znanych nam z filmów kobiet. Denerwowała mnie nieco, bo wciąż ją ktoś porywał - taki mały kompleks Mary Jane ;) Interesujący jest też Frankenstein zupełnie odmienny niż ten, którego znamy z przerażających opowieści. No i oczywiście David Venham jako prawa ręka Van Helsinga, mój ukochany Faramir z Władcy Pierścieni z krótką grzywką ^^
Scenografia przypomina typowy horror - stare zamki, cmentarz i mroczne lasy tworzą świetne tło dla licznych fantastycznych elementów filmu. Każdy wampir świetnie by się tam poczuł :>
Suma sumarum, "Van Helsing" to naprawdę fajna odskocznia od codzienności - jeżeli chcecie poczuć na plecach oddech wilkołaka czy spojrzeć w oczy oblubienicy wampira, to coś dla was ;) Niespecjalnie ambitny, ale też dzięki temu prosty i nienadumany, nadaje się na leniwe nocne oglądanie, z popcornem i paczką chusteczek dla wrażliwszych (koniec jest smutny :C) Polecam każdemu fanowi fantastyki :>
Ocena 5-/6
Sindbad: Legenda siedmiu mórz
Co tu dużo gadać - po prostu najfajniejsza bajka mojego dzieciństwa!
Macie czasami tak, że po obejrzanym filmie zadajecie sobie pytanie: czemu mnie nie spotkało coś takiego? Ja mam właśnie tak po większości bajek :D Mimo nieprzystającego wieku lubię czasem obejrzeć coś Disneya czy Dreamworks i zawsze potem dopada mnie smutek, że prawdziwe życie tak nie wygląda. Mam też kilka bajek, które oglądałam całe dzieciństwo, i "Sindbad" jest jedną z nich. To coś idealnie dla mnie, przygody, piraci, romans, grecka bogini, no i przystojny, wygadany główny bohater ;D Oj tak, Sindbad był pierwszą wielką miłością mojego życia - kiedy miałam 5 lat, nie znałam jeszcze Viggo Mortensena XD Teraz przypomina mi nieco Flynna Ridera :> Zresztą wszyscy bohaterowie są super - cała załoga, naiwnie szlachetny Proteus, odważna Marina, której kłótnie z Sindbadem są tak urocze, że nie mogę wytrzymać, a nawet wredna, egoistyczna Eris. Jeśli chodzi o animację, jest nieco dziwna - połączenie komputerowych potworów z tradycyjnymi, rysunkowymi postaciami tworzy kontrast, do którego trzeba chwilę się przyzwyczajać. Za to muzyka... jej, muzyka jest nieziemska <3
Nie będę się dłużej rozpisywać - przy bajkach jestem ciut nieobiektywna, bo niepoprawna ze mnie marzycielka i romantyczka ^^ Ocena też jest mało sprawiedliwa, kocham "Sindbada" za bardzo, żeby postawić coś innego niż 6/6 :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)