La Sesame, czyli skarbiec moich książek i kilka słów o nich :D

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Jedyna"... tak naiwna książka

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Kiera Cass - "Jedyna"

      Trylogia Kiery Cass to książki, do których od początku podchodziłam ostrożnie. Dużo już się naczytałam powieści Young Adult i całkiem ten gatunek lubię, dość już mam jednak  naciąganych, mdlących trójkątów miłosnych i bohaterek z inteligencją Belli Swan. Fakt faktem, że powieści młodzieżowe zazwyczaj ciągną ten sam temat w podobny sposób, często również są słabo napisane. Zdarzają się wśród nich jednak perełki, które z chęcią stawiam na półce i nie wstydzę się czytać ich w autobusie :) Czy „Rywalki“ można zaliczyć do tego grona?

Zacznę może od początku - ponieważ nie recenzowałam pierwszych dwóch części, wypadałoby powiedzieć o nich kilka słów. „Rywalki“ oraz „Elita“ nie skradły specjalnie mojego serca, wciągnęły mnie jednak na tyle, że postanowiłam dokończyć serię. Były napisane lekko, interesująco, ze zwykłej ciekawości chciałam więc przeczytać trzecią część trylogii.

Trzeba przyznać, że seria miała potencjał - po przeczytaniu opisu z okładki spodziewałam się czegoś w rodzaju „Top Model“ w innych realiach, intryg, zdrad stanu i mnóstwa emocji. Niestety, nieco się przeliczyłam, bo wszystkie trzy książki wyglądały zgoła inaczej. Autorka skupia się na wątku miłosnym, w drugiej części pojawia się nawet znienawidzony, okropny, przewidywalny (i parę innych epitetów) trójkącik miłosny, przez który miałam ochotę rzucić książką w ścianę. Sama poprowadziłabym serię inaczej, ale cóż, nie wpadłam na pomysł fabuły przed Kierą Cass, zresztą to nie ona stworzyła streszczenia na odwrotach swoich powieści. Reklama robi swoje.

„Jedyna“ jest zwieńczeniem serii o Americe Signer. Dziewczyna pozostaje jedną z niewielu księżniczek w pałacu i wraz ze swoimi rywalkami czeka na wyrok księcia Maxona - zostanie królową czy wróci do domu? W międzyczasie buntuje się przeciwko królowi, poznaje rebeliantów, a jej związek z Maxonem rozwija się coraz intensywniej. Miałam wielką nadzieję, że w tej części coś się wreszcie wydarzy, dowiemy się więcej o rebeliantach, może odkryjemy jakąś porażającą tajemnicę... Niestety, pani Cass znów opiera książkę głównie na wątku miłosnym i rozterkach Americi. Wszystkie dystopijne wątki poboczne są dość skąpe, a postacie drugoplanowe niewyraźnie. Po raz kolejny wybija się idealny Maxon i trudna do zrozumienia America. Mimo że polubiłam głównych bohaterów, w pewnym momencie miałam ich już przesyt.

Język powieści jest dość prosty, żaden rozgarnięty czytelnik nie będzie miał z nim problemów, podobnie jak z fabułą. Niekiedy powieść staje się nawet nieco infantylna, a przynajmniej takie było moje odczucie - dialogi bywają toczone dziwnie, a połowy działań Americi w życiu nie zrozumiem. Denerwowała mnie też nieco jej nieporadność... Cokolwiek się nie działo, dziewczyna uciekała w popłochu; błagam, dajcie mi Katniss czy Hermionę, czy któraś z nich zwiałaby przed rebeliantami??? Maxon też nie popisał się inteligencją; kto stabilny emocjonalnie jest w stanie zmienić swoją decyzję o wyjściu za kogoś pięć minut po tym, jak niemal poematem wyznał mu dozgonną miłość?

Jak już wspominałam, akcji była dość mało, a jeśli już jakaś się pojawiała, mijała mi za szybko i bez zbytnich emocji. Nawet kulminacyjny rozdział nie dodał jej rozpędu, wszystko było opisane bardzo pobieżnie, lakonicznie. Spodziewałam się czegoś... no nie wiem, spektakularnego? Autorka popełniła bardzo częsty grzech - by nie opisywać po kolei wydarzeń, całkowicie wyeliminowała nas z walki, zamykając narratorkę w schronie. Oj, dajcie mi tu ją, a uduszę...

Książka oczywiście ma swoje zalety. Bardzo pięknie opisana jest w niej relacja dwójki ludzi, miłość Maxona i Americi pokazuje, jak stopniowo rozwija się uczucie do drugiej osoby. Jest nieco infantylna i bardzo baśniowa, dużo w niej sprzecznych deklaracji i działań, w gruncie rzeczy jednak rozczula. Nie jest to raczej mój typ romansu - zbyt prosty i niezbyt głęboki - znajdzie jednak na pewno swoich zwolenników. Ostatni rozdział niestety również mnie nie powalił, był taki... prosty, nieskomplikowany. Jakoś nie mogłam odnaleźć w nim tych emocji, które zazwyczaj towarzyszą mi w takich sytuacjach.

Powieść o Americe nie stanie na półce z moimi ulubionymi dystopiami, nie zajmie też wysokiego miejsca w rankingu ulubionych romansów. Na pewno jednak ją zapamiętam, bo choć była przewidywalna i momentami nieco banalna, skradła jakąś cząstkę mojego serca swoją naiwną bajkowością. Wciąż wolę Disneya, jednak na odmóżdżacz i powieść do poczytania (niekoniecznie do przemyślenia) „Jedyna“ nadaje się na pewno. Nie nastawiajcie się więc na górnolotną rozrywkę, lecz na miłe popołudnie w towarzystwie księcia Maxona ;)

Ocena: 3+/6

sobota, 3 stycznia 2015

"W śnieżną noc" - świąteczne opowiadania o miłości



Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle - "W śnieżną noc"

      Święta się skończyły, wraz z ich końcem przeminęła też świąteczna atmosfera. Choć w tym roku śniegu było niewiele, a kolędy zdawały się brzmieć jakoś rzadko, wszyscy będziemy wspominać te dni z rozrzewnieniem. Po powrocie do szarej codzienności na pewno nie raz zatęsknimy za rodzinną atmosferą, ciepłem kominków i pierniczkami (a zwłaszcza za pierniczkami). Nadeszła też pora na zakończenie przygody z książkami o tematyce bożonarodzeniowej.

„W śnieżną noc“ to zbiór opowiadań, których akcja toczy się w wigilijny wieczór. Książka łączy trzy opowiadania o miłości, miłości idealnej, romantycznej i niespodziewanej - iście świątecznej ;) Na okładce widnieją trzy nazwiska, lecz książka reklamowana jest głównie jako dzieło Johna Greena, znanego młodzieżowego pisarza, autora m. in. bestsellera i wyciskacza łez - „Gwiazd naszych wina“. Trzeba przyznać, że jest to dobry chwyt - większość wielbicieli książek tego autora (łącznie ze mną) kupiła „W śnieżną noc“ przede wszystkim ze względu na niego. Zresztą niedziwne - tożsamość dwóch pozostałych pisarek wciąż pozostaje dla mnie zagadką, nawet po wygooglowaniu i intensywnych poszukiwaniach na „Lubimy czytać“.

Wszystkie opowiadania są napisane w podobnym stylu - pierwszoosobowa narracja i dowcipny, młodzieżowy język dominują. Każde następne ma związek z poprzednim, co było dla mnie dość sporym zaskoczeniem i powodem lekkiej konsternacji. Wszystko dlatego, że postanowiłam umilić sobie Mikołajki lekturą i rozpoczęłam książkę opowiadaniem Johna Greena. Jakież było moje zdziwienie, kiedy natknęłam się na te same imiona dwa tygodnie później w opowiadaniu pierwszym! Główni bohaterowie oczywiście się zmienili, ale tak czy siak jak zawsze sama sobie nabruździłam.

Sama fabuła nie jest zbyt zaskakująca. W każdym z opowiadań niefortunna przygoda prowadzi do spotkania z miłością. Raz jest to awaria pociągu i kąpiel w przerębli, innym razem - samochód unieruchomiony w zaspie. W każdym przypadku świąteczna atmosfera sprawia, że dwójkę nastolatków zaczyna coś łączyć, trudno więc nie spodziewać się happy endu. Mimo wszystko książki nie są pozbawione akcji; dużo się dzieje, nie sposób wręcz oderwać się od czytania.

Co tu dużo mówić - opowiadania z pewnością nie są szczególnie ambitne czy oryginalne, zachwycają jednak lekkością czytania oraz przystępnym językiem, pełnym gier słownych i dowcipów. Można się przy nich pośmiać, wciągają do tego stopnia, że bawimy się wraz z bohaterami. Mają też jedną ważną cechę - emanują magią Bożego Narodzenia i pozwalają się zatopić w marzeniach. Ich lektura odrywa nas od świata nudnej, szarej rzeczywistości i zabiera w wigilijną podróż poprzez kolędy i śnieg, podróż, dzięki której zapominamy o smutkach i marzymy o rzeczach, które nawet nie przyszły by nam na myśl w inny dzień roku. Pokazują, że święta to ten szczególny okres, w którym znowu stajemy się dziećmi, a przede wszystkim, że czasem w ponownym byciu dzieckiem nie ma nic złego.

„W śnieżną noc“ uwodzi autentyczną, świąteczną atmosferą. Moim faworytem jest opowiadanie pierwsze; najsłabsza wydała mi się opowieść ostatnia. O dziwo, John Green nie popisał się spektakularnie, choć jego część książki również mi się podobała i bardzo mnie rozczuliła. Mimo mrozu polecam wam książkę gorąco, najlepiej czytaną w towarzystwie gorącej czekolady i świątecznych przysmaków! Daję 5+/6 ;)


środa, 24 grudnia 2014

Przedpremierowo: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii



      O piątkowym dniu mogłabym napisać wiele rzeczy - był wspaniały, emocjonujący, ale przede wszystkim bardzo długi. Za sprawą maratonu „Hobbita“ trwał aż 26 godzin i skutkował całą sobotą w łóżku, której w najmniejszym stopniu nie żałuję. W dzisiejszym tekście chciałabym się zająć przede wszystkim trzecią częścią trylogii, którą obejrzałam na ENEMF - ie w Multikinie.

To może od początku - nie wierzę, że uchował się ktoś, kto tego nie wie, ale trylogia ta powstała na podstawie „Hobbita“ pióra mistrza fantastyki, J. R. R. Tolkiena, i została wyreżyserowana przez Petera Jacksona, twórcę „Władcy Pierścieni“. Sama postać reżysera jest dość kontrowersyjna - można go albo kochać, albo nienawidzić, podobnie zresztą jak jego filmy, o które fani Tolkiena toczą od lat zażarte dyskusje.

„Bitwa Pięciu Armii“ to ostatnia, finałowa część trylogii opowiadającej o wyprawie Bilbo Bagginsa i kompanii krasnoludów do Samotnej Góry, po utraconą ojczyznę,honor i skarby. Akcja zawiera w sobie praktycznie dwa lub trzy ostatnie rozdziały powieści, przed pójściem do kina nie mogłam więc namyślić się, co też zostanie w niej ukazane. Okazało się, że na ekran została przeniesiona głównie ostatnia bitwa krasnoludów, fani siekania orków będą więc z pewnością zachwyceni.

Efekty specjalne, kostiumy, gra aktorska - w tej kwestii nie ma się co spierać, Jackson jak zwykle króluje. Wszystko jest przemyślane, nawet najdrobniejszy szczegół w scenografii zachwyca. Chociaż dominuje nagrywanie scen na tzw. greenscreenie i masa efektów przy scenach walki (przez które ma się czasem poczucie oglądania gry RPG), wizualnie „Bitwa Pięciu Armii“ zdecydowanie zachwyca. Jestem też pod wrażeniem plejady występujących w filmie aktorów - znakomity Richard Armitage jako Thorin, mistrz mimiki - Martin Freeman oraz chłodny i opanowany Lee Pace w roli Thranduila to tylko początek całej listy nazwisk, które należałoby podać, zaczynającej się od Cate Blanchet, a kończącej na Orlando Bloomie.

Na co więc tyle narzekań, o co wszystkie oskarżenia w stronę Jacksona? Problem wielu tolkienowskich fanów jest jeden - film nie jest prawie wcale zgodny z książką. Można się kłócić nawet z nazywaniem go adaptacją, bo zrobienie prawie 9 - cio godzinnej trylogii z 200 - stronnicowej powieści wymagało zdecydowanego rozszerzenia jej treści - pojawiają się sceny dodane przez reżysera, zaczerpnięte skądś motywy i wiele nawiązań do „Władcy Pierścieni“. Ba! Są nawet postacie od podstaw przez reżysera wymyślone, jak chociażby Tauriel. Osobiście mimo widocznych nieścisłości uważam, że nie ma na co narzekać. Co z tego, że takie rozszerzanie wątków było „leceniem na kasę“, jeśli wyszedł z tego naprawdę dobry film? Miał dostarczyć rozrywki i nieść ze sobą pewne wartości i funkcję tę jak najbardziej spełnił.

Oczywiście, gwoli ścisłości - pojawiają się błędy, niedociągnięcia, sceny niepotrzebne, a nawet głupie. Szczytem durnoty był dla mnie Legolas i jego antygrawitacyjne umiejętności (ten most spada? ach, wskoczę na górę!), zresztą Legolas w gruncie rzeczy był w filmie niepotrzebny. Orlando Bloom postarzał się, jego soczewki kłuły w oczy, a obcinania głów orkom było już wystarczająco wiele. Podobnie wątek Tauriel i Kilego był momentami nieco naciągany, ale raziło to zwłaszcza w „Pustkowiu Smauga“; w trzeciej części był dla mnie naprawdę przyjemny, prawdziwy i bardzo wzruszający.

„Hobbit:Bitwa Pięciu Armii“ ma jednak w sobie swojego rodzaju moc, siłę przebicia, którą miała też trylogia „Władca Pierścieni“. Być może jej nie dorównuje, ale niesie ze sobą ważne przesłanie, wiele emocji, strachu i wzruszeń. Mimo że czytałam „Hobbita“ wielokrotnie i doskonale wiedziałam, że będę musiała pożegnać się z niektórymi bohaterami, z kina wyszłam zapłakana i z lekka rozbita wewnętrznie. Nie mogłam uwierzyć, że żegnam się zarówno z postaciami, jak i aktorami (choć szczerze mam nadzieję, że „coś“ w tematyce „Śródziemia jeszcze kiedyś się na ekranach ukaże)! Podobały mi się sceny batalistyczne (tak, jestem kobietą), wątek szaleństwa Thorina, wspaniała muzyka Howarda Shore’a, a przede wszystkim ta nieuchwytna magia filmów Jacksona, to coś, co nadaje im tej niesamowitej atmosfery i sprawia, że przez kilka dni nie mogę przestać o nich myśleć.

Oficjalnie więc ogłaszam się fanką obu trylogii, polecam je wam gorąco i radzę traktować je na luzie, jako osobne filmy, a nie próbę odwzorowania dzieł Tolkiena, do której im bardzo daleko i których przecież odwzorować się niemal nie da ;) Cieszmy się magią świąt i nie kłóćmy o ilość CGI czy wątek miłosny! Polecam wszystkim raz jeszcze trzecią część trylogii, zarówno jako oddzielną świetną rozrywkę, jak i znakomity wstęp do „Władcy Pierścieni“, a tymczasem sama wybieram się jeszcze raz do kina, tym razem już w normalnej porze. Ciekawe, ile mi o tej 5 rano umknęło...?

Na koniec piękna piosenka Billy'ego Boyda, której słucham już po raz dziesiąty i wciąż przy niej płaczę:


niedziela, 19 października 2014

Harry Potter i Książę Półkrwi

        Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Książę Półkrwi"

      Na wstępie muszę przeprosić za swoją długą nieobecność. Wakacje się skończyły, poszłam do nowej szkoły i mam teraz tyle roboty, że brak mi czasu na spanie i jedzenie, a co dopiero na czytanie książek! Zaczyna mi to ciążyć - stęskniłam się za tymi czasami, w których w tygodniu zdążałam z dwoma czy trzema tytułami... Niestety, to już zamierzchła przeszłość; teraz cieszę się, kiedy mam czas na 20 stron :)

Jest jednak jakiś pozytyw - kiedy już dorwę jakąś książkę, czytam ją na raz i nikt nie jest w stanie mnie od niej oderwać :D „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi“ pochłonęłam więc jednym tchem, czerpiąc z przygód ukochanych bohaterów garściami. Było warto - wreszcie przypomniałam sobie, za co tak uwielbiam tę serię :D

„Książę Półkrwi“ to moja druga ulubiona część sagi (na pierwszym miejscu niezmiennie plasuje się „Więzień Azkabanu“). Cenię ją przede wszystkim za szybką akcję, ciekawe wątki i całą gamę tajemnic. W końcu kto jest w stanie przerwać czytanie i nie poznać zagadki brakującego wspomnienia, nie dowiedzieć się, dokąd udaje się Dumbledore, a w końcu nie odkryć tożsamości tytułowego Księcia Półkrwi? Odpowiedź jest oczywista i chyba nie muszę nikomu jej podsuwać.

Mam swojego faworyta wśród wątków powieści, a jest nim zdecydowanie temat wspomnień o Voldemorcie. Nie wiem, jak jest w waszym przypadku, ale mnie przeszłość Toma Riddle’a niezwykle ciekawi - ile razy bym książki nie przeczytała, i tak wciąż kocham zagłębiać się w dawne intrygi czarnego charakteru. Wszystkie spotkania Harry’ego z Dumbledorem - choć wcale nie jest ich znowu tak dużo - tworzą ten niesamowity, niezapomniany klimat, który sprawia, że magia wycieka ze stron powieści i możemy niemal ją poczuć. Żaden film nie jest w stanie tego oddać; wiem, że nie powinnam w recenzji odwoływać się do ekranizacji, ale wizja podróży wgłąb myślodsiewni reżysera jest jednym z powodów, dla których zawsze będę wolała książkę od filmu. Kocham wędrować wraz z bohaterami od zagadki do zagadki, odkrywać mroczne wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat... Oj tak, podróże w czasie to zdecydowanie mój klimat.

W szóstym tomie serii mamy też do czynienia ze sporą ilością tajemnic. Nareszcie możemy odkryć sekret śmierci - nieśmierci Voldemorta z początku powieści - kogo nie zastanawiała ona w „Kamieniu Filozoficznym“? Przez cały tom korzystamy wraz z głównym bohaterem z zagadkowego podręcznika, a jakież jest nasze zaskoczenie, gdy odkrywamy, do kogo on należy! Jest też obsesja Harry’ego na temat Malfoya, która niezbyt przypadła mi do gustu - Harry w tej sprawie wykazuje się głupim uporem, nie słucha nikogo prócz siebie i, choć w końcu okazuje się, że ma rację, cała sprawa jest dla mnie trochę zbyt mocno zarysowana.

Dużo skupia się też na sprawach codziennych, typowych nastoletnich problemach i miłościach. W końcu uczniowie Hogwartu też są ludźmi, a 16 lat to okres burzy hormonów :D Zabawnie czyta się kłótnie Rona i Hermiony - nie lubię tego parringu, ale wreszcie coś zaczyna się dziać! Zakochuje się też nasz pierwszoplanowy bohater, a wybór obiektu uczuć jest dość zaskakujący... Trzeba Harry’emu przyznać, że dobrze zrobił, zapominając w końcu o Cho Chang - mój Boże, jak ja nie znosiłam tej dziewczyny! - i zauważając Ginny. Chociaż wiele czytelników (zwłaszcza czytelniczek :>) jej nie lubi, ja uważam siostrę Rona za dowcipną, sympatyczną i wartościową dziewczynę. Udzielam swojego błogosławieństwa! :P

Oczywiście książka ma swoje smutne momenty, a jednym z najgorszych jest zdecydowanie śmierć Dumbledore’a. Tu znowu popłynęły łzy - mam wielki sentyment do dyrektora Hogwartu, to niezwykle mądry i inspirujący człowiek. Jego pogrzeb Rowling ukazała w bardzo poruszający sposób, po raz kolejny spotykamy się z opisami głębokimi, wyciskającymi łzy z oczu. Momenty żałoby zdają się być tym, co wychodzi spod pióra pisarki najlepiej; autorka potrafi ująć wszystko w sposób, który doprowadza czytelnika do płaczu, a jednocześnie nie jest sztuczny czy wymuszony. Uczucia Harry’ego są bardzo naturalne i wiarygodne, nie ma w nich fałszywego żalu. Wręcz przeciwnie - młody czarodziej jest na tyle załamany, że wszystko staje mu się obojętne, co jest przecież bardzo prawdziwe.

Na koniec jeszcze krótka refleksja - przy „Księciu Półkrwi“ bardzo mocno rzuciła mi się w oczy różnica między książką czytaną po raz pierwszy a tą przewertowaną wielokrotnie. Pamiętam, jaka byłam wszystkiego ciekawa po raz pierwszy, jak mocno chłonęłam każdą informację w nadziei, że sama rozwiążę zagadkę... Wydarzenia były dla mnie nowe, fascynujące, a nawet szokujące. Teraz mam wrażenie, że z każdym kolejnym sięgnięciem po książkę  uodparniam się na emocje, które ze sobą niesie. Chociaż wciąż niesamowicie całą serię kocham, wiele bym dała, by na przykład szóstą jej część móc przeczytać znowu po raz pierwszy. Nie wiedziałabym nic o Snapie, nic o horkruksach, o Malfoyu - jakież to byłoby ciekawe! Ech, szkoda, że to niemożliwe... :(

„Harry Potter i Książę Półkrwi jest dla mnie jedną z najważniejszych książek. Niesie ze sobą niezapomniane wrażenia, wciąga przy czytaniu i ukazuje znakomity warsztat autorki. Snuje wokół nas mroczny, ponury i niezwykle tajemniczy klimat, pozwala poczuć „to coś“, co jest tak ważne przy czytaniu i co nie pozwala w połowie odłożyć książki na półkę. Przeplata wydarzenia radosne z tragicznymi, jest prawdziwy i niezwykle magiczny... Wszystko to tworzy mieszankę, z której musi wyjść świetna książka! Polecam wszystkim szczerze (choć nie wierzę, że ktoś jeszcze nie przeczytał serii o Szkole Magii i Czarodziejstwa) i życzę wam, by każda przeczytana książka niosła ze sobą tyle dobrych wspomnień :) Nastawcie się też na wiele łez, jeśli, tak jak ja czy Harry, jesteście na dobre i złe ludźmi Dumbledore’a. Jednak przede wszystkim czekają was ostatnie sielskie dni w Hogwarcie...

Wojna czarodziejów właśnie się zaczęła.

niedziela, 28 września 2014

"Miasto 44" - prawdziwy obraz powstania warszawskiego?

        

Jan Komasa - "Miasto 44"

        Ostatnio w polskim kinie popularny stał się temat powstania warszawskiego. Najpierw było „63 dni chwały“, niewiele później mogliśmy podziwiać wyretuszowane zdjęcia powstańców... Teraz na duży ekran wchodzi kolejny potencjalny hit w reżyserii Jana Komasy. Choć nie lubię filmów wojennych, jestem fanką „Sali samobójców“; do tego doszły jeszcze namowy moich znajomych, w końcu więc zdecydowałam się zapłacić te 20 złotych za bilet. Czy słusznie?
 
Muszę od razu, po raz kolejny zresztą, zaznaczyć, że nie potrafię recenzować filmów. Dużo większą wiedzę mam o książkach i to o nich wolę pisać; czasami jednak czuję, że muszę wyrazić swoją opinię o czymś, co właśnie zobaczyłam w kinie, i tak stało się także tym razem.

Bardzo ciężko jest jednoznacznie ocenić „Miasto 44„. Z jednej strony dzieło trąci kiczem i naiwnością, z drugiej - jest doskonałym obrazem cierpienia setek ludzi. Z kina wyszłam więc z bardzo mieszanymi uczuciami, co rzadko mi się zdarza - zazwyczaj filmy albo mi się podobają, albo nie. Tym razem nie byłam niczego pewna, może jedynie tego, że obraz bardzo mnie poruszył - przy kilku scenach ocierałam z oczu łzy. Było jednak parę elementów, które kompletnie nie współgrały z całością i zdawały się być kompletnie wyrwane z kontekstu. Jednym z nich był wątek miłosny.

Oglądając reklamy można było odnieść wrażenie, że cały film koncentruje się na „miłości w czasach powstania“. Nic bardziej mylnego - bohaterem jest zbiór wszystkich powstańców, nie nieszczęśliwi kochankowie, jak się spodziewałam. Całe szczęście, bo romantyczna część filmu jest jego najgorszą częścią. Wszystko kręci się wokół Stefana, Biedronki i Kamy, kolejnego miłosnego trójkącika, który, nawiasem mówiąc, jest wyjątkowo głupi - dziewczyny są ślepo zapatrzone w chłopaka, który z jedną z nich zamienił może trzy słowa, a z drugą nie ma kompletnie nic wspólnego. Sam Stefan właściwie nie daje nam poznać swoich uczuć, bo w połowie filmu przestaje się odzywać; z początku wydaje się, że jest zainteresowany Biedronką, później ucieka od niej i zdradza ją z Kamą, a parę scen dalej znów zaczyna szukać pierwszej dziewczyny. Wszystko plącze się i miesza, w uczuciach trójki nastolatków brakuje jakiejkolwiek logiki czy głębi. Miałam niezbyt miłe wrażenie, że jedyna rzecz, która podoba się dziewczynom w Stefanie, to wygląd - ładnej buźki nie można mu odmówić :D

Najmocniej zarysowane charaktery to dwie główne bohaterki. Właściwie one najbardziej dają się poznać, są zestawione na zasadzie kontrastu - Kama jest pewna siebie, twarda i do końca wierna swojemu oddziałowi, Biedronka woli ratować ludzi i swoich bliskich, niż ginąć w bezsensownej walce, nawet w obronie ojczyzny. W zasadzie są kompletnie różne i, choć nienawidzę trójkątów miłosnych, jestem w stanie zrozumieć, że ciężko było między nimi wybierać, bo obie są bardzo pozytywnymi postaciami.

Wracając do absurdalnych scen - powiedzcie mi, proszę, skąd wziął się pomysł slow motion w filmie wojennym? Sceny w zwolnionym tempie są głupie i kompletnie odbierają dziełu cały realizm; po co pokazywać coś w taki sposób, nie lepiej pozostawić szybkość obrazu niezmienioną, oddając tym dynamikę, z jaką wszystko się działo? Jestem jeszcze w stanie wybaczyć bohaterski bieg Stefana w rytmie utworu „Dziwny jest ten świat“, ale scena pocałunku z Biedronką totalnie do mnie nie przemawia. Bohaterowie przebiegają przez linię ostrzału, pomyśleć by można, że powinni robić to jak najszybciej, by ratować życie... Jednak nie! Oni stają w samym środku, tempo zwalnia, w tle słychać romantyczną muzykę, podziwiamy długi pocałunek... Pociski oczywiście ich omijają, pewnie odbija je siła ich miłości! Podobnie jest z momentem, w którym Stefan i Kama siedzą razem na parapecie; on patrzy na nią, ona na niego, Warszawa płonie, dookoła wybuchają bomby... I nagle Stefan w zwolnionym tempie zrywa z Kamy ubranie (dosłownie ZRYWA), w tle zaczyna lecieć dubstep, a my możemy podziwiać scenę godną taniego filmu pornograficznego, przerywaną obrazem rosyjskich żołnierzy maszerujących w rymie techno. Naprawdę, panie reżyserze? Nie dość, że kicz aż razi w oczy, to jeszcze scena zamiast być romantyczna, powoduje na sali wybuch śmiechu. Rozumiem, że film jest kierowany do młodych ludzi, ale nie wszyscy nastolatkowie są niewyżyci seksualnie.

Inną sprawą są efekty specjalne. Mam wrażenie, że poszło na nie wyjątkowo dużo pieniędzy. Niestety sprawiło to, że są nieco przerysowane; deszcz krwi, szczątki lecące z nieba, krew tryskająca jak z fontanny, odpadające kończyny - wszystko to spodobać się może wielbicielom filmów o zombie, niestety większość ludzi po prostu obrzydza; ja nie byłam w stanie patrzeć na ekran, szczególnie przy ciałach spadających na głowy ludzi po wybuchu budynku. Film miał szokować i zdecydowanie szokował swoją brutalnością, mam jednak wrażenie, że niekoniecznie o taki szok chodziło twórcom.

Dziwna sprawa - o błędach rozpisywać się można długo, o pozytywnych rzeczach zazwyczaj mówi się kilka zdań. Czy film był zły? Zdecydowanie nie, ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że był dobry. Powstanie przedstawiono w nim w większości (podkreślam, w WIĘKSZOŚCI :D) scen realnie, obrazowo. Reżyser świetnie uchwycił dramat powstańców, całe spektrum emocji, które towarzyszyło ludziom myślącym, że wszystko potrwa 3 dni. Widzimy radość i zapał młodych przed wybuchem godziny „W“;obserwujemy też szok i niedowierzanie na ich twarzach, gdy okazuje się, że Sowieci nie przybyli nam na pomoc; w końcu dostrzegamy rozpacz, kiedy po kolei umierają ich najbliżsi. Komasa po kolei wybija bohaterów, zaczynając od wyjątkowo brutalnego rozstrzelania mamy i brata Stefana, a kończąc na tragicznej śmierci Kamy. Ukazuje brud, nędzę, szpitale bez wystarczającej liczby lekarzy, ludzi zatrzaskujących przed powstańcami drzwi; pozwala przez chwilę chłonąć nadzieję, że kogoś uratowano, by po chwili wszystkich wysłać na śmierć. Choć nie mogę mieć o tym najmniejszego pojęcia, czuję, że tak właśnie było - chwilowa nadzieja, szczęście, a potem kolejne chwile grozy.

Świetnym uzupełnieniem filmu jest muzyka, a przynajmniej jej część. Pomijając fragmenty techno, wyjęte jakby z innej bajki, możemy wsłuchać się w pieśni poprzedniego stulecia, utwory Niemena, nastrojowe kompozycje Mozarta, w pewnym momencie słychać nawet smutną, niemiecką balladę - świetna ironia, biorąc pod uwagę to, że hitlerowcy właśnie mordują niezliczoną ilość ludzi. Gra aktorska też jest dobra; choć kwestii nie było w filmie dużo, emocje odgrywane są na przyzwoitym poziomie.

Wciąż nie potrafię chłodno stwierdzić, co sądzę o filmie. Z pewnością był poruszający, wzbudzał dreszcz; do głowy samo przychodziło pytanie „Jaki jest sens takiego okrucieństwa?“. Po seansie „Miasta 44„ można zadawać sobie pytanie, czy powstanie było potrzebne, skoro ucierpiała w nim taka ilość ludzi? Po co w ogóle komu taka rzeź, jaką była wojna? To jednak są rzeczy, o które wielu historyków wiedzie spory do dziś i prawdopodobnie nigdy nie zostaną one rozstrzygnięte; ja mogę tylko przyznać, że film robi wrażenie. Nie zawsze dobre, nie zawsze na miejscu, ale wzbudza emocje i to chyba jest najważniejsze, prawda? Choć wątek romantyczny bym zlikwidowała, daję ocenę 4/6 i zachęcam do wizyty w kinie - sami przekonacie się, czy mam rację :)

PS: Bardzo podobało mi się otwarte zakończenie - nie wiemy, co się stało z Biedronką i Stefanem, a zestawienie płonącej Warszawy z miastem z lat dzisiejszych było świetnym chwytem, łapiącym za serce - za to wielki plus dla pana Komasy :)

niedziela, 14 września 2014

Opowieść Charliego o dorastaniu

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Stephen Chbosky - "Charlie"

      Dorastanie jest bez wątpienia kluczowym momentem w życiu człowieka. Jak wielu ludzi wpada wtedy w wir szaleństw młodości? Ilu cierpi, przekraczając próg dorosłości, zadaje sobie pytania bez odpowiedzi, boryka się z brakiem akceptacji otoczenia? O tym właśnie może opowiedzieć nam książka „Charlie“ S. Chbosky’ego.

      Przyznaję, że powieść kupiłam na promocji, aby mieć co czytać w pociągu. Byłam nastawiona na łatwą, przyjemną lekturę, ba! wręcz niezobowiązujące czytadło. Dzieło amerykańskiego pisarza bardzo mnie zaskoczyło - szybko zorientowałam się, że mam do czynienia z tekstem poważnym, trochę słodkim, trochę gorzkim, mocno refleksyjnym, ale zdecydowanie nie lekkim.

Raz na żółtej kartce w zielone linie
napisał wiersz.
Zatytułował go Chops,
bo tak nazywał się jego pies
i o nim był właśnie ten wiersz.
Nauczyciel postawił mu piątkę
i przyznał specjalne wyróżnienie.
Matka uściskała go i powiesiła wiersz na drzwiach kuchni
i odczytywała ciotkom.
To było w roku, kiedy ojciec Tracy zabrał dzieciaki do zoo
I pozwolił im śpiewać w autobusie,
I urodziła mu się siostrzyczka
z małymi paznokietkami i łysą główką.
Jego matka i ojciec ciągle ją całowali,
A dziewczyna z sąsiedztwa wysłała mu
Walentynkę podpisaną rządkiem iksów.
Zapytał wtedy ojca, co to znaczy.
Ojciec zawsze kładł go do łóżka
I zawsze pamiętał, żeby utulić go na dobranoc.

      Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, jest forma książki. Opowiada ona o Charliem, chłopcu, który idzie do liceum i przeżywa coraz odważniejsze „przygody“ związane z nową szkołą. Powieść ujęta została w formie listów pisanych przez głównego bohatera do „Drogiego przyjaciela“, którym staje się każdy czytelnik. Zabieg ten jest bardzo ciekawy i oryginalny - nie spotkałam się wcześniej z takim pomysłem. Dzięki niemu dużo bardziej identyfikujemy się z Charliem, niż gdyby była to zwykła opowieść z pierwszoosobową narracją, w pewnym sensie zaprzyjaźniamy się z nim, staramy się go zrozumieć i poznać. Niekiedy nieco irytowała mnie jego perspektywa, denerwujący był też sposob pisania stylizowany na młodego chłopaka. Zwłaszcza przez kilka pierwszych rozdziałów raziły mnie powtórzenia i masa błędów, na szczęście im dalej, tym język powieści stawał się poprawniejszy - Charlie najwyraźniej rozwijał się dzięki wypracowaniom ;)

Raz na białej kartce w niebieskie linie
napisał wiersz
I zatytułował go Jesień, 
Bo tak nazywała się pora roku
I o tym był ten wiersz.
Nauczyciel postawił mu piątkę
i poprosił go, żeby pisał jaśniej.
Matka tym razem nie powiesiła wiersza na drzwiach kuchni,
bo były świeżo pomalowane.
Dzieciaki powiedziały mu,
że ojciec Tracy pali cygara
I zostawia pety na kościelnej ławce,
które czasami wypalają dziury,
To było w roku, kiedy jego siostra dostała okulary,
z grubymi szkłami i w czarnych oprawkach.
Dziewczyna z sąsiedztwa roześmiała się,
kiedy poprosił ją, żeby poszli na spotkanie ze Świętym Mikołajem,
A dzieciaki powiedziały mu,
dlaczego jego matka i ojciec bez przerwy się całowali.
Jego ojciec już nie utulał go do snu
I wściekał się,
Kiedy go wołał.

      Czy fabuła mnie uwiodła? Powiem szczerze, że chociaż nie jestem fanką typowo amerykańskim młodzieżówek, których głównym tematem są imprezy, ta powieść pozytywnie mnie zaskoczyła. Życie nastolatków jest opisywane zupełnie inaczej niż w innych książkach tego typu - szczerze, prosto z mostu, bez zbędnej idealizacji świata. Autor wprost opisuje palenie, picie i imprezy, bez ogródek pisze o seksie, narkotykach czy niechcianej ciąży. Narracja Charliego nie jest ubarwiona niczym oprócz jego własnych odczuć, co sprawia, że całość prezentuje się realnie i książkę przyjemnie się czyta.

Raz na kartce wyrwanej z notesu
napisał wiersz.
Zatytułował go Pytanie o niewinność
bo to pytanie dotyczyło jego dziewczyny
I o tym był ten wiersz.
Profesor postawił mu piątkę
i dziwnie na niego popatrzył,
A jego matka nie powiesiła tego wiersza na kuchennych drzwiach,
bo nigdy go jej nie pokazał.
To był rok, w którym umarł ojciec Tracy,
A on zapomniał,
Jakie jest zakończenie Credo.
Przyłapał siostrę,
jak obściskiwała się z kimś na werandzie.
Jego matka i ojciec nigdy się już nie całowali
ani nawet nie rozmawiali ze sobą.
Dziewczyna z sąsiedztwa za bardzo się malowała
I kiedy ją całował, dostawał od tego ataków kaszlu,
ale mimo to ją całował,
bo tak się robi.
O trzeciej nad ranem położył się do łóżka.
Jego ojciec głośno chrapał.

      Nie sposób zapomnieć w recenzji o bohaterach. Moim osobistym faworytem jest Charlie, którego charakteru nie byłam w stanie rozgryźć aż do końca. Pan Chbosky stworzył wyjątkowego dziwaka, inteligentnego, refleksyjnego, z lekkim problemem dostosowania się do ludzi naokoło. Od razu uderzyło mnie, jaki chłopak jest szczery i bezpośredni, a tekże, że bardzo dużo płacze, ale nie spodziewałam się, że okaże się mieć problemy psychiczne i odkryje, że był ofiarą molestowania przez ukochaną ciotkę! Jego postać totalnie mnie zaskoczyła, co w tym wypadku jest wielkim plusem - przy takim narratorze musi być ciekawie :> Inne postacie są także niczego sobie - najlepszy przyjaciel Charliego to gej, przyjaciółkę wciąż zdradza chłopak, a siostra jest bita przez ukochanego... W powieści znajdziemy plejadę postaci z ciekawymi charakterami, każdą inną, a żadna nie jest pozbawiona problemów.

I dlatego zaczął pisać kolejny wiersz
na kawałku papierowej torby.
Zatytułował go Absolutnie nic,
Bo o tym był ten wiersz.
Sam sobie postawił piątkę
I cięcie na każdym cholernym nadgarstku.
Powiesił wiersz na drzwiach łazienki,
Bo tym razem nie miał szans dotrzeć do kuchennych drzwi.

      Przesłanie książki jest bardzo jasne - życie nie jest tak piękne, jak byśmy chcieli. Zawsze, a szczególnie w młodości, coś musi się skomplikować i nie ma na to żadnej rady. Ludzie nie są idealni, ale to nie wyklucza prawdziwej przyjaźni czy miłości - trzeba tylko nauczyć się ich słuchać i rozumieć. Ktoś, kto jest inny, nie musi wcale być gorszy... a alkohol i narkotyki nie zawsze są dobrym rozwiązaniem.

Ocena: 5-/6




poniedziałek, 8 września 2014

Harry Potter i Zakon Feniksa

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Zakon Feniksa"


      Znacie takie uczucie, kiedy jecie wczesne jeżyny i nagle, wśród słodyczy, natrafiacie na okropnie kwaśny owoc? Albo gdy słuchacie śpiewu waszego ulubionego wykonawcy i wychwytujecie fałszywe nuty? To takie rzeczy, które powodują nagły grymas na naszej twarzy; błahostki, które pozostawiają po sobie niesmak. Taką właśnie drobnostka jest dla mnie piąta część „Harry’ego Pottera“.

Spytacie pewnie, dlaczego? Ano właśnie dlatego, że Syriusz.

      Wybaczcie, naprawdę obiecałam sobie, że to będzie rzetelna recenzja, bez rozwodzenia się nad swoimi uczuciami i... wiecie, obiektywna :) Niestety książka ta wzbudza we mnie tyle emocji, że nie potrafię pisać w pełni do rzeczy.

      Zacznę może od tego, że znienawidziłam piąty tom serii już po pierwszym przeczytaniu. Autorka bez skrupułów okrutnie uśmierca moją absolutnie najukochańszą postać, ktorą niefrasobliwie wprowadziła do całej zabawy w „Więźniu Azkabanu“ i którą wcześniej uczyniła tak genialną, że z miejsca się zakochałam. Mowa oczywiście o Syriuszu, do którego zawsze miałam niemałą słabość; może to dlatego, że zawsze przy czytaniu identyfikuję się z Harrym, dla którego ojciec chrzestny jest bardzo ważny, a może po prostu podoba mi się jego charakter. Chyba oba te powody mają jakieś korzenie w rzeczywistości, w każdym razie czuję, że byśmy się dogadali ;) W każdym razie na końcu książki Syriusz ginie, a ja wylewam w tym momencie tony, tony i jeszcze raz tony łez, nie mówiąc o tym, że cały kolejny dzień przeżywam żałobę :) Cóż, zawsze bardzo zżywam się z bohaterami, a seria pani Rowling nie jest wyjątkiem.

No więc proszę raz jeszcze, tym razem na piśmie: Oddajcie mi do cholery Syriusza!!!!!

      Okay, skoro moje osobiste udręki mamy już za sobą, teraz co nieco o pozostałych aspektach książki. „Zakon Feniksa“ jest największą objętościowo powieścią pani Rowling - liczy sobie ponad 950 stron, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, ile wątków jest w nim poruszonych. Można śmiało nazwać go prawdziwą cegłą, do torby raczej go ze sobą nie zabierzecie ;) Opowiada o piątym roku nauki Harry’ego w Hogwarcie, która, jak to zawsze bywa, niesie ze sobą wiele przygód, tajemnic i wydarzeń, dzięki którym nie wieje nudą. Autorka mistrzowsko wyrobiła sobie umiejętność wplatania w codzienne życie szkolne głównego bohatera tylu problemów i niespodzianek, ilu nie pozazdrościłby mu chyba nawet największy masochista.
Tym razem poznajemy wraz z Harrym tajną organizację zwaną Zakonem Feniksa, założoną przez Dumbledore’a w celu walki z Voldemortem, mierzymy się z terrorem wprowadzonym przez uroczą Dolores Umbridge i błądzimy w snach mrocznym korytarzem po Departamencie Tajemnic.

      Fabuła i język jak zwykle u Rowling świetne, nie mam im nic do zarzucenia. Sama chciałabym tak pisać - styl brytyjki wciąga i oddaje wydarzenia idealnie, nie trąca patosem, ale nie jest też potoczny. Można odnieść wrażenie, że z każdym kolejnym tomem jej warsztat rozwija się coraz bardziej; opisy żalu Harry’ego po śmierci Syriusza to moim zdaniem perełki - są plastyczne, bardzo sugestywne i sprawiają, że łzy same napływają do oczu (jakby trzeba było jeszcze je zachęcać!). Wątków w książce jest mnóstwo, a wszystkie są spójne i przemyslane - naprawdę biję pokłony, bo unikanie nieścisłości i niedopowiedzeń to niełatwa sztuka :)

      W tej części jest jeden duży minus - narracja Harry’ego. Wydarzenia są opisane z jego punktu widzenia, jesteśmy więc zmuszeni wysłuchiwać jego rozterek, a są one, uwierzcie mi, opisane bardzo dokładnie i podniośle, bo Harry ma lekką skłonność do dramatyzowania. Chociaż naprawdę lubię tę postać i w żadnym innym tomie jej wtrącone rozmyślania mi nie przeszkadzają, w tej części Potter potrafi nieco zirytować. Denerwują mnie zwłaszcza bite trzy strony jego narzekania na zamnknięcie u Dursleyów, wieczne wybuchy niczym nieuzasadnionej złości i rozczulanie się nad sobą jak nad tragicznym, niezrozumianym bohaterem - choć w wielu wypadkach jestem w stanie to zrozumieć, bo czułabym się tak samo, takie wstawki męczą. Wybacz, Harry, nadal bardzo cię lubię, ale przestań :) Mimo wszystko uważam głównego bohatera za odważnego i dobrego chłopaka, ale cóż, wiek dojrzewania, wszyscy muszą to przecierpieć... Można więc uznać, że realizm został zachowany :)

     A, prawie zapomniałam! Nienawidzę wątku zadurzenia Harry’ego w Cho Chang! Tak beznadziejnej, płaczliwej i sztywnej dziewczyny nigdy nie chciałabym spotkać - dostałaby ode mnie pieścią za każdą wzmiankę o Cedriku, przysięgam!

      „Zakon...“ oferuje nam też sporą dawkę nowych charakterów. Spotykamy Stworka, Umbridge, która jest chyba najpowszechniej znienawidzoną postacią w historii fantastyki, Nimfadorę Tonks i wielu członków Zakonu Feniksa, mamy nawet przyjemność z rodzinką Hagrida! Oj, dzieje się, dzieje, barwny wachlarz postaci wprowadza przyjemny zamęt na karty powieści, a każdy bohater jest realny, z krwi i kości. Bardzo podoba mi się to w całej serii - bohaterowie to moja ulubiona część każdej lektury, a tutaj są oni żywi, każdy ma wady i zalety, jak ludzie, nie jak szereg chodzących jak im się zagra Mary Sue. Wielki plus za kreację postaci!

      Bardzo lubię też spotkania Gwardii Dumbledore’a, ponieważ odsłaniają wiele faktów na temat szkolnych przyjaciół Harry’ego. Nareszcie uaktywnia się Ginny, Neville przestaje być tylko pucołowatym niezdarą, no i oczywiście pojawia się mistrzyni ciętej riposty Luna Lovegood :D Z ciekawych wydarzeń plusują też lekcje oklumencji u Snape’a i wspomnienie o Huncwotach, o których mogłabym przeczytać oddzielną sagę ^^

      Pytanie brzmi: dlaczego więc tak nie lubię tej części? Głównie z powodu brutalnego mordu na moim ukochanym bohaterze, dokonanego przez żądną krwi i okrutną pisarkę, ale są też inne przyczyny. Całokształt jest dużo bardziej mroczny i smutny niż pozostałe tomy serii, obserwujemy mordy i zniknięcia, główny bohater zaczyna wariować i popadać w opętanie, cały czas jest na wszystkich zły i dręczą go koszmary senne; musimy też patrzeć na mękę Syriusza w domu przy Grimmauld Place 12 i znosić nowe porządki w Hogwarcie... Mnóstwo zła (w końcu Lord Voldemort powrócił!), niewiele optymistycznych akcentów - ogólnie rzecz biorąc, „Harry Potter i Zakon Feniksa“ jest po prostu niesamowicie smutny. Zdecydowanie nie zalecam go osobom chorym na depresję, bo może się ona pogłębić, zachęcam za to, jeżeli chcecie popatrzeć na metaforę dojrzewania - w końcu od Harry’ego wszyscy się odwracają, a on sam ma ciągłe wahania nastrojów... Czy to nie wynika czasem z hormonów? :)

      Żarty żartami, ale piąty tom serii jest, jak każdy Potter, świetną książką. Choć nie posiadł on mojego serca i nie trafił na listę ulubionych, przeczytać go musi każdy fan młodego czarodzieja. Wielbicielom Syriusza radzę przygotować się na cios w samo serce :) Polecam gorąco, choć nie na te gorsze dni!

A na koniec cytat, który bardzo mi się spodobał i ma w sobie bardzo wiele prawdy:

„Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd niż jawna niechęć“
Albus Dumbledore, J. K. Rowling - „Harry Potter i Zakon Feniksa“