La Sesame, czyli skarbiec moich książek i kilka słów o nich :D

wtorek, 31 marca 2015

Strażnicy historii

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

D. Dibben - "Strażnicy historii: Chiński Ekspres"

      Zawsze byłam rozdarta między dwiema rzeczami. Z jednej strony kusił mnie pomysł rzucenia wszystkiego, wyruszenia w świat i przeżywania przygód, z drugiej zaś przyjemna była myśl o życiu podobnym do życia wszystkich innych - codziennym wracaniu do domu, stabilizacji, spaniu i gotowaniu bez ograniczeń oraz przeżywaniu wzniosłych historii tylko w książkach. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, jednak jak na razie uparcie realizuję drugą opcję. Kto wie, może za 50 lat obudzą się we mnie dawno uśpione pragnienia i stanę się siedemdziesięciolatką żądną ekstremalnych wrażeń? Cóż, coś z awanturnika z pewnością w sobie mam - uwielbiam czytać i oglądać o przygodach; dalekie kraje, tajemnicze stworzenia, piraci czy podróże w czasie to zdecydowanie coś dla mnie. To własnie ta awanturnicza żyłka popchnęła mnie do sięgnięcia po kolejną już część „Strażników historii“ Damiana Dibbena.

Książka jest trzecią już opowieścią o przygodach Jake’a Djonesa i jego przyjaciół. Tym razem grupa młodych Strażników Historii wyrusza w podróż do XVII - wiecznych Chin, by powstrzymać złego Xi Xianga przed zniszczeniem historii i zdobyciem potężnego klejnotu, Lazurytowego Węża, który może być do tego kluczem. Jake ma jednak również własny cel: chce odnaleźć dawno zaginionego brata Filipa, którego widziano ostatnio właśnie w towarzystwie tego złoczyńcy. Jakie dziwy czekają na młodych podróżników w barwnym, orientalnym Kantonie? Czy uda im się zrealizować postanowienia misji, czy ktoś im w tym przeszkodzi? I czy wszyscy z tej wyprawy wyjdą bez szwanku?

Powieść ma dość prosty schemat: podróże w czasie, przygody, zagadka, młodzi bohaterowie ratujący świat przed złem, a wszystko to okraszone milionem nastoletnich pytań i emocji. Gdybym miała ją klasyfikować, przydzieliłabym ją do kategorii młodzieżowej przygodówki - jest pisana tym charakterystycznym dla YA językiem, nieco naiwna i, przede wszystkim, opowiada w dużej części o nastolatkach i ich perypetiach. Nie jest to zdecydowanie lektura dla pana „Czytam tylko klasykę“ czy pani „Ambitna literatura to moje drugie imię“, bo zbyt wiele z literatury wysokiej się tu nie znajdzie. Książka jest bardzo prosta, łatwa w odbiorze, a przez to także i przyjemna - idealna na wolny wieczór, bez konieczności długiego nad nią rozmyślania.

Największym minusem książki jest zdecydowanie jej język. Choć powieść młodzieżowa powinna charakteryzować się jego lekkością i prostotą, to tutaj było tego momentami nieco za dużo. Prostota przeradzała się w prostactwo, dialogi były niekiedy mocno nienaturalne, a opisy zbyt dokładne i bez polotu. Kilka razy miałam silne skojarzenie z książkami Flanagana, u którego język również nie jest na wysokim poziomie, za to czytelnik ma wrażenie, że autor stara się go ogłupić fragmentami typu „To jest klamka. Klamką otwieramy drzwi, gdy są zamknięte“. Oj, nie, tego w książkach nie lubię, podobnie jak zdań zaczynanych od spójników i tych przelatujących mi bez zrozumienia przed oczami. Choć może za dużo wymagam, książka jest w końcu kierowana również do młodszych ode mnie odbiorców. Być może też te nieskładne zdania są winą tłumacza, tego jednak nie mogę stwierdzić, bo nigdy nawet nie widziałam na oczy oryginału.

Rzecz ma się podobnie z bohaterami - kilku nawet polubiłam, inni są mi obojętni, ale niektórych zdecydowanie nie mogłam znieść. Denerwowała mnie Yoyo ze swoją pychą i sztucznością, a jeszcze bardziej nie lubiłam jej we fragmentach, w których Jake rozpływał się nad jej cudownością. Inaczej z kolei było z Nathanem, którego szczerze pokochałam (i wyrażałam to zawzięcie, śmiejąc się przy każdej scenie z jego udziałem), ale który niestety wyszedł autorowi tragicznie nienaturalny. Cóż, ludzie są różni, ale chyba nigdy nie widziałam prawie dorosłego chłopaka, który tak głośno i namiętnie rozczulałby się nad swoją fryzurą. Jake może nie znalazłby się w poczcie moich ulubionych książkowych postaci, ale oceniłabym go jako „nawet spoko gościa“ - przypominał mi bardzo Willa ze „Zwiadowców“. Największy problem mam jednak z Xi Xiangiem, którego, jak bardzo bym się nie starała, nie potrafiłam uznać za czarny charakter. Zamiast budzić grozę, przyprawiał mnie o śmiech, szczególnie gdy poprawiał szminkę na ustach - zawsze stawał mi wtedy przed oczami klaun w  kimonie i całe napięcie się rozpływało. Miał też jedną bardzo typową dla złej postaci, choć powieloną chyba w każdej książce, wadę - zupełnie bez sensu i w złych momentach zaczynał streszczać swoim wrogom wszystkie swoje plany. Nie, wcale nie dlatego każdy czarny charakter ginie, proszę mówić dalej, panie Xi. Gdybym więc miała podsumować bohaterów, okazali by się oni ciekawi, sympatyczni i różnorodni, niestety mało przy tym autentyczni.

Co więc sprawiło, że książka jednak mi się podobała? Jedno Dibbenowi trzeba przyznać - ma pomysł. Może gorzej z jego realizacją, ale w gruncie rzeczy książkę czyta się szybko i przyjemnie, akcja pędzi do przodu, a przy okazji czytelnik zostaje porwany w głąb historii, dowiadując się wielu ciekawych faktów. Ja cenię takie książki przede wszystkim za to, że odrywają mnie od rzeczywistości i sprawiają, że zaczynam marzyć o podróżach, przygodach i adrenalinie buzującej w żyłach, jak gdybym zaraz sama miała dołączyć do Strażników Historii i popłynąć z nimi na kolejną wyprawę. Śpieszno nam do krytykowania, taka już smutna prawda, w ostatecznym rozrachunku jednak powieść podobała mi się pod wieloma względami. Zawsze, gdy czytam coś tego typu, powracam myślami do czasów szkoły podstawowej, gdy na wszystko miałam czas i codziennie czytałam inną książkę o innych bohaterach i innych przygodach, a moim ulubionym filmem był „Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz“(no dobra, tak naprawdę nadal jest jednym z moich ulubionych filmów :D). Należy też wspomnieć o tym, że podróże w czasie to bardzo niewdzięczny temat, a Dibben dobrze sobie z nim poradził i wybrnął z tego tematu bez większych potknięć. „Strażnicy historii: Chiński Ekspres“ to więc wspaniała historia o młodości i ludziach ciekawych świata, o rzeczach, które w głębi duszy chciałby robić każdy z nas... Bo kto nie chciałby przeżywać pierwszych miłości i czasów dojrzewania w starożytnym Rzymie czy w XVII - wiecznym Londynie?

Moja ocena: 4/6

środa, 18 lutego 2015

Love, Rosie

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Cecelia Ahern - "Love, Rosie"

      Obejrzenie „Titanica“ oraz „Pamiętnika“ jednej nocy, do tego walentynkowej, wywołało we mnie kryzys wiary w życie (wiem głupie, ale mam ogromną słabość do tych filmów...). Sprawiło też, że zaczęła kiełkować we mnie ogromna ochota na przeczytanie jakiejś romantycznej książki, chociażby po to, żeby trochę się podołować marzeniami o wielkiej miłości. Padło na zakupioną niedawno „Love, Rosie“, którą jakieś 2 tygodnie temu wściekła rzuciłam w kąt, gdy zobaczyłam ją w promocji, 20 złotych tańszą niż wtedy, gdy ją kupowałam ;)

Przede wszystkim, co chyba najważniejsze, jest to jedna z niewielu książek, które przeczytałam po obejrzeniu filmu. Spytacie pewnie: czy to coś zmienia? W moim odczuciu zmienia ogromnie - po filmie nasze wyobrażenia całej historii są nieco spaczone, bohaterowie mają twarze aktorów, a za oryginalną wersję podświadomie uznajemy ekranizację. Choć to smutna prawda, film nieco blokuje naszą wyobraźnię, dlatego już po 30 stronach bardzo żałowałam, że nie poczekałam z pójściem do kina trochę dłużej :( Lily Collins nieustannie pojawiała się w mojej głowie, choćbym nie wiem jak bardzo chciała ją z niej wyrzucić, podobnie jak Sam Claflin (choć w tym przypadku nie mam nic przeciwko :D), a gdy dostrzegałam jakieś niezgodności - bardzo wiele niezgodności - z filmem, dobrą minutę zajmowało mi przypomnienie sobie, że trzymam w rękach pierwowzór, nie mam więc o co się wściekać. Cóż, mój błąd, więcej postaram się takich nie popełniać.

Nie będę oryginalna, gdy powiem, że bardzo ciekawa jest forma książki - rzadko zdarza się czytać powieść napisaną w całości w postaci listów, ja trafiłam na taką chyba po raz pierwszy. Przyznaję, że jestem pod wrażeniem, bo choć zadanie wydaje się na pierwszy rzut oka proste i przyjemne - ot, listy i maile, banał z podstawówki - to z pewnością ciężko było ukazać historię tak, by każdy zrozumiał, o co chodzi, by nie pominąć nic istotnego. Niektórych rzeczy trzeba się było domyślać, intrygowały też zagadkowe sms - y czy listy bez adresata; naprawdę podziwiam autorkę za powieść romantyczną, w której nie ma ani jednego opisu spotkania dwóch głównych bohaterów (wyłączając oczywiście epilog, którego chyba nie dało się inaczej napisać). Cała znajomość Rosie i Alexa jest ukazana poprzez ich rozmowy, uczucia wyrażane pisemnie, co z pewnością czyni książkę bardziej interesującą.

Zazwyczaj nie czytuję romansów, to chyba już o mnie wiecie. Ciężko więc mi oceniać książkę tej kategorii - zwykle piszę w recenzjach o akcji, spójności wydarzeń lub wątkach kryminalnych. Tym razem nie mogę, bo żadnej z tych rzeczy po prostu nie można ocenić. Książka jest spokojna, typowo kobieca - opowiada głównie o emocjach. Przyjemnie było śledzić wciąż zmieniające się uczucia Rosie, to znowu czytać o problemach Alexa czy patrzeć na wszystko z perspektywy Katie. Mimo, że znałam zakończenie - a tak mi się przynajmniej wydawało, bo książkowe diametralnie różni się od filmowego - nie mogłam się od powieści oderwać. Wciągnęła mnie na tyle, że przeczytałam te 500 stron w jeden wieczór, ignorując wszystko dookoła. Może to język autorki tak na mnie podziałał? Był zdecydowanie dużym plusem książki: prosty, przejrzysty i zrozumiały, a jednocześnie ładny, w niektórych momentach nawet nieco wzruszający. Dzięki niemu przez gruby tom brnęło się szybko i gładko. Pani Ahern świetne też radzi sobie ze stylizowaniem języka na różne osoby - inaczej pisała Rosie, inaczej Alex, a jeszcze innymi słowami posługiwała się Katie, której listy zmieniały się stosownie do wieku.

Czy podobała mi się historia zawarta w „Love, Rosie“? Zdecydowanie tak, chociaż z moim kompleksem Disneya wolę raczej historie miłości wielkiej i ponadczasowej - wiecie, „O Romeo, Romeo...“, takie tam. Tym razem jednak opowieść mnie urzekła, a przede wszystkim urzekło mnie jej przesłanie - prawdziwa miłość istnieje i, mimo przeciwności losu, zawsze kiedyś ją znajdziemy. Życie Rosie jest opisane jako trudne, co czyni opowieść do bólu prawdziwą, bo takie przecież jest dziś życie większości z nas: pełne pośpiechu, zagmatwane, bogate w rozwody i nieplanowane ciąże. W książce Ahern nic nie jest idealne, wręcz powiedziałabym, że każda maleńka sprawa jest tak skomplikowana, jak tylko może być. Cóż, „długa i trudna droga wiedzie ku światłości z piekieł“, niełatwo osiągnąć szczęście i spełnić swoje marzenia. Zawsze jednak trzeba do tych rzeczy dążyć i nigdy się nie poddawać - może w nagrodę za taką wytrwałość i na naszym progu pojawi się kiedyś jakiś swoisty Alex? (do mnie może przyjść Sam Claflin, nie obrażę się).

Historię opisaną w „Love, Rosie“ polecam gorąco szczególnie wszystkim kobietom - romantyczkom. Spodoba wam się historia dwojga najlepszych przyjaciół, długa, prawdziwa, nienaciągana. Lekki styl autorki i wiele zabawnych momentów - przy niektórych ryczałam śmiechem tak, że mama chciała mnie zabrać do psychiatry - sprawią, że od opowieści nie będziecie się mogli oderwać. Nie zmieni waszego światopostrzegania, palpitacji serca też nie spowoduje, zabierze was za to w przyjemną, pogodną podróż po życiu i uczuciach zwykłych ludzi, bohaterów z krwi i kości, z którymi każdy może się utożsamiać. Dla mnie historia byłaby idealna na lato, leżak i poprawę nastroju; nie mam zarzutów i daję 6/6 ;)

niedziela, 1 lutego 2015

Harry Potter i Insygnia Śmierci

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

J. K. Rowling - "Harry Potter i Insygnia Śmierci"

      Nadszedł wreszcie ten dzień, w którym nie mogłam już dłużej odwlekać rozpoczęcia siódmej części „Harry’ego Pottera“. Czekał na mnie jeszcze mój miniaturowy Mount Everest książek do przeczytania, minęło już prawie pół roku od ukończenia „Księcia Półkrwi“, a ja zwyczajnie miałam ochotę na podróż do Howartu. Choć więc zawsze otwieram „Insygnia Śmierci“ pełna obaw, po raz kolejny już wyruszyłam z Harrym w podróż po magicznym świecie.

Fabuły chyba nie trzeba nikomu streszczać - niewiele jest osób, które nie znają zakończenia serii o Chłopcu, Który Przeżył. W największym skrócie, Harry, Ron i Hermiona podróżują po Anglii w poszukiwaniu horkruksów, przeżywają szalone (choć niekoniecznie przyjemne) przygody, a w końcu wracają do Hogwartu, żeby stoczyć ostateczny bój z Czarnym Panem. Jest to definitywnie najbardziej mroczna i niepokojąca część sagi, różni się zdecydowanie od innych tomów - przygoda trójki przyjaciół jest najniebezpieczniejsza z dotychczasowych, brakuje dobrze nam znanej atmosfery Hogwartu, nie ma lekcji, meczów Quidditcha, Irytka czy egzaminów. Nie wiem jak inni, ale ja, czytając „Insygnia...“, strasznie za tym wszystkim tęsknie, brakuje mi tej bajkowej atmosfery, która pojawiała się nawet w piątym i szóstym tomie, a której nie ma w zakończeniu serii. Książkę tę czyta się z dreszczykiem emocji, wciąż coś się dzieje, brak przerwy na opisy dekoracji bożonarodzeniowych w Hogwarcie czy pysznej uczty, do których tak chciałoby się wrócić.

Język powieści jest zdecydowanie dojrzalszy, tak jak i poważniejsze stają się opisane wydarzenia. Rowling wyraźnie rozwinęła się literacko, poprawę jej stylu widać głównie w opisach, które, jak już chyba wspominałam przy okazji „Zakonu Feniksa“, stają się mocne, poruszające i bardzo sugestywne. Ciężko jest nie uronić łzy, gdy czyta się o grobach Lily i Jamesa czy ciałach w Wielkiej Sali - Rowling dba, by emocje czytelnika zostały poruszone, a jego serce rozbite na kawałki. Książka jest przesycona smutkiem i wszechobecną śmiercią, jej depresyjny nastrój pogłębia jeszcze autorka, pisząc w sposób, który wrażliwszych czytelników przyprawia o załamanie.

Bardzo podoba mi się rozszerzenie wątków i pogłębienie bohaterów drugoplanowych. O ile w pierwszych częściach niewiele wiedzieliśmy o Snapie czy Dumbledorze, w tej poznajemy historię każdej ważniejszej postaci z osobna. Przestają być one czarne lub białe, poznajemy lepiej motywy ich działań. Autorka kończy z idealizacją Dumbledore’a i ukazuje nam mroczną stronę jego życia, co pokazuje doskonale, że nikt, nawet z pozoru doskonały człowiek, nie jest bez skazy. Podobnie jest chociażby właśnie ze Snapem, którego większość potteromaniaków nie lubiła od początku i który został powszechnie znienawidzony pod koniec „Księcia Półkrwi“; w „Insygniach...“ autorka otwiera przed nami rozdział z jego prawdziwą historią, ujawnia jego ogromną rolę we wszystkich wydarzeniach i udowadnia, że nie powinno się oceniać ludzi po pozorach. „Opowieść Księcia“ to jeden z najpiękniejszych rozdziałów w książce, przy którym łzy płyną strumieniami. Wszystkie postacie przechodzą przemiany i dojrzewają: Ron, mimo chwilowego zwątpienia, staje się jeszcze lojalniejszym przyjacielem, Hemiona pokazuje, że jest naprawdę odważna... Najbardziej jednak dojrzewa Harry, który z temperamentnego, porywczego chłopaka staje się dojrzałym, rozsądnym mężczyzną. Godzi się ze śmiercią i stratą, poświęca też wszystko, by zniszczyć Voldemorta, nareszcie nie tylko dla siebie, ale całkowicie dla innych. Wszystkie dręczące go przez cały tom wątpliwości ukazują nam jego przemianę, a kiedy w końcu widzimy, że żadnych wątpliwości już nie ma, wreszcie Potter staje się postacią, którą można bez problemu, szczerze polubić.

Sporą częścią książki są też tajemnice magicznego świata, te wszystkie historie i legendy, które sprawiają, że świat stworzony przez Rowling wydaje nam się niemal realny. Wątek Insygniów Śmierci jest bardzo ciekawy: trzy przedmioty, które połączone czynią właściciela Panem Śmierci... Cóż, działa na wyobraźnię ;) Gdy pierwszy raz czyta się „Insygnia...“, nie sposób się od nich oderwać, bo wciąż pojawiają się nowe wątki, postacie i sekrety. Niemal zmuszają nas one do dalszego czytania, bo jak tu zamknąć książkę, nie poznając sekretu siostry Albusa Dumbledore’a czy nie dowiadując się, gdzie, do jasnej ciasnej, ukryte są pozostałe horkruksy?

Seria o młodym czarodzieju, wbrew pozorom, nie jest tylko bajką o walce dobra ze złem. Choć wszystko kończy się happy endem - zło przegrywa, dobro zwycięża, itp., itd. - wydarzenia wcale nie są jednoznaczne ani przewidywalne. Któż z nas nie martwił się o Harry’ego i jego przyjaciół, kto był pewny, że wszystko zakończy się szczęśliwie? Przyznać musicie, że chyba nikt z wyjątkiem samej pisarki ;) Zresztą wcale nie mamy do czynienia z typowym amerykańskim zakończeniem - wiele postaci (w sumie chyba z połowa) ginie, bohaterowie odnoszą rany i przeżywają ciężkie chwile. Wzruszające śmierci Zgredka, Lupina, Tonks, Freda czy Severusa Snape’a czynią całą historię prawdziwszą i przy okazji oczywiście sprawiają, że czytelnik z trudem powstrzymuje łzy. A przecież (uwaga, stylizacja biblijna :D) o to właśnie chodzi w każdej książce - żeby wzbudzić emocje, zżyć odbiorcę z bohaterami na tyle, by przeżywał każdy smutek, każdą radość czy każdy strach razem z nimi ;)

Obiecałam wam przy recenzji pierwszej części, że podsumuję w ostatniej recenzji całą serię i napiszę, czego się z niej nauczyłam. Teraz nie jestem pewna, czy potrafię... Bo prawda jest taka, że nauczyłam się z niej WSZYSTKIEGO. Jestem zdecydowanie pokoleniem potterowskim, jak pokoleniem tolkienowskim byli moi rodzice, dorastałam razem z Harrym, który towarzyszył mi całe moje dzieciństwo. Wiążę z tą książką niezliczoną ilość wspomnień, chwil i zdjęć, można więc powiedzieć, że praktycznie ona mnie wychowywała (w tym momencie chyba robię się sentymentalna, uwaga). Dowiedziałam się dzięki niej, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość, lojalność, bezinteresowność i odwaga, ukształtowałam swoje poglądy na temat zła i dobra. Jej bohaterowie towarzyszyli mi niczym przyjaciele z dzieciństwa, pojawiali się wciąż w moich zabawach, rozmowach, a nawet snach (brałam kiedyś udział w Bitwie o Hogwart, uwierzycie? :D). Rowling pokazała mi, że dla niektórych rzeczy warto się poświęcić i że wartości materialne nie są najważniejsze w życiu, nauczyła mnie tak wielu różnych rzeczy, że wymienianie ich zajęłoby mi chyba kolejne 800 słów. I chyba właśnie dlatego (ach, ta stylizacja biblijna) seria o Chłopcu, Który Przeżył, jest dla mnie tak ważna - to dzięki niej jestem teraz taka, jaka jestem. Nie mam pojęcia, jak mogłabym inaczej wyrazić swoją wdzięczność, dlatego daję zasłużone 100/10 (tak, to setka)... i lecę szukać chusteczek, bo przy ostatnim akapicie łezka zakręciła mi się w oku ;)


piątek, 23 stycznia 2015

Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Rafał Kosik - "Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów"

      Nareszcie nadeszły wyczekiwane (nie tak długo, ale jednak) ferie, w przerwach między spotkaniami ze znajomymi i graniem w Gothica nadrabiam więc zaległości czytelnicze ;) Idzie mi całkiem nieźle, wciąż jednak nie mogę zabrać się za Insygnia Śmierci - są takie smutne... Zamiast tego sięgam po lżejsze książki; jedną z nich była „Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów“.

Seria Rafała Kosika towarzyszy mi właściwie od dzieciństwa, może nie tak dawnego, jak „Harry..“, ale jednak - przygodę z nią rozpoczęłam w piątej klasie podstawówki. Ja dorastałam, wychodziły kolejne tomy, a bohaterowie wciąż mieli po 14, 15 lat... No i tak się stało, że przegoniłam Superpaczkę wiekiem; teraz nierzadko zastanawiam się, czy nie jestem już trochę za stara na śledzenie jej przygód. Na razie jednak nie narzekam, choć seria jest bardzo nierówna poziomowo (niektóre części są świetne, inne jakoś mi nie idą...) przyjemnie mi się ją czyta.

„Klątwa Domu McKillianów“ opowiada, standardowo już, o przygodach trójki gimnazjalistów: Felixa, Neta i Niki. Przyjaciele wyjeżdżają na wakacje do deszczowej Szkocji, tak się jednak składa, że na miejscu nie zastają gospodarza... W domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy: w nocy słychać hałasy, widać potwory rodem z bestiariuszy, a stare szkockie legendy ożywają, siejąc grozę wśród lokatorów. Co powoduje te dziwne zjawiska? Czy wszystko da się wyjaśnić racjonalnie, czy może nad domem rodu McKillianów ciąży jakaś tajemnicza klątwa?

Fabuła książki jest niewątpliwie ciekawa. Pan Kosik owiał całą historię tajemnicą i grozą, niekiedy była ona wręcz horrorystyczna - na tyle, że zaciskałam zęby i gryzłam paznokcie, a po moich plecach przebiegały ciarki. Czasami niestety miałam wrażenie powtórki z mojego ulubionego tomu: „Trzech kuzynek“ (opuszczony dom, niewyjaśnione zdarzenia i to ciągle powtarzane przez Neta zdanie „To miały być normalne wakacje“...), pojawiały się też skojarzenia z „Teoretycznie możliwą katastrofą“, „Pałacem Snów“ (znowu sny...?) i „Tajemnicą Czerwonej Hańczy“ (dziwne stwory z rogami). Czyżby autorowi kończyły się pomysły na napisanie tego... który to już?... trzynastego tomu i musiał sięgać do swoich poprzednich książek? Mam nadzieję, że historia w kolejnej części serii będzie diametralnie różna od wszystkich pozostałych, bo nie sztuką jest pisać wciąż to samo innymi słowami.

Trzeba jednak przyznać, że atmosferę Kosik wykreował świetną: dziwne potwory, tajemniczy list i podejrzany kamerdyner to zalążek całkiem niezłego horroru. Bywało, że zastanawiałam się nad czymś tak mocno, że kusiło mnie do przerzucenia kilku kartek i poznania rozwiązania natychmiast (raz nawet tak zrobiłam). Opisana historia była bardzo wciągająca; choć planowałam ją tylko rozpocząć, pochłonęłam całą książkę w jeden wieczór i nawet nie zauważyłam, kiedy minęły te trzy godziny. Były zwroty akcji i dużo się działo, dzięki czemu nie sposób się nudzić. Autor ma znakomitą umiejętność wplatania w każdą sytuację zabawnych dialogów i kłótni, co naprawdę dużo daje książce, bo... cóż, do opisów talentu on nie posiada. Przy niektórych przysypiałam, inne tylko mnie irytowały, w końcu zaczęłam je konsekwentnie omijać.

Jeśli zaś chodzi o bohaterów... Niestety, im dalsza część, tym bardziej mam niektórych dosyć. Nika zawsze była dla mnie zbyt wyidealizowana, taka kryształowa dziewczyna: mądra, zaradna, oszczędna, pełna empatii, a jeszcze do tego ładna... Sami chyba przyznacie, że ciężko polubić kogoś takiego ;) Neta z początku lubiłam, zaczął mnie jednak nieco irytować swoim zachowaniem a la rozpieszczony jedynak. Jedynym pozytywem jest Felix, do którego, mimo upływających lat i tomów, wciąż czuję ogromną sympatię. Przy każdej kłótni (które, trzeba przyznać, były nad wymiar zabawne w tym tomie - jeszcze nie zdarzyło mi się ze złości wrzucić kumpla do jeziora...) stałam po jego stronie, denerwował mnie natomiast uparty i tchórzliwy Net i milcząca Nika. Wiem, nie można mieć wszystkiego, ale i tak popracowałabym jeszcze nad tymi postaciami - są nieco nierzeczywiste, wiele ich cech jest bez potrzeby wyolbrzymionych, wydają mi się też zbyt dojrzałe jak na gimnazjalistów (co robiła Laura pod prysznicem Felixa???). Bardzo brakowało mi także Manfreda, który pojawił się tylko w kilku scenach.

Jak mi się czytało „Klątwę Domu McKillianów“? Z pewnością dość szybko i lekko, nie wiem tylko, czy to kwestia tematyki, stylu autora czy tego, że pomijałam połowę opisów. W każdym razie prawie czterysta stron zleciało mi w jeden wieczór bez większych zastojów. Sam język powieści jest raczej dość prosty, choć niekiedy zdania są trochę topornie skonstruowane, a netowe neologizmy irytują i niemal bolą. Osobiście miałam też czasem problem z nasyconym technologią słownictwem, z którego mimo przypisów niewiele rozumiałam. Ta część była jednak pod tym względem bardzo dobra, bo pojawiało się go tam niewiele. Zdecydowanie największym plusem były dialogi, lekkie, proste, dowcipne i przyspieszające zdecydowanie całą akcję.

„Klątwę Domu McKillianów“ poleciłabym z pewnością zagorzałym fanom serii, którym na pewno się ona spodoba. Jest utrzymana w stylu Kosika, choć idąca bardziej w fantasy niż science fiction: dynamiczna, tajemnicza i intrygująca. Nie znajdziecie tu głębszych sensów i skomplikowanej symboliki, jej odbiór jest bardzo prosty i raczej czytelny. To powieść nastawiona na zapewnienie rozrywki i przyjemnie spędzonego czasu, ciekawa mieszanka powieści YA, fantasy i horroru. Nie każdemu przypadnie do gustu, nie jest też zdecydowanie książką idealną. Nada się za to świetnie jako czytadło na wieczór, przy kominku i gorącej herbacie... a czy nie tak kochamy spędzać czas? Daję 4-/6 za autoplagiatowanie (jest takie słowo?) i bohaterów, jednak mimo wszystko polecam fanom niezobowiązujących lektur :)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Jedyna"... tak naiwna książka

Wyświetlanie zdjęcie.JPG

Kiera Cass - "Jedyna"

      Trylogia Kiery Cass to książki, do których od początku podchodziłam ostrożnie. Dużo już się naczytałam powieści Young Adult i całkiem ten gatunek lubię, dość już mam jednak  naciąganych, mdlących trójkątów miłosnych i bohaterek z inteligencją Belli Swan. Fakt faktem, że powieści młodzieżowe zazwyczaj ciągną ten sam temat w podobny sposób, często również są słabo napisane. Zdarzają się wśród nich jednak perełki, które z chęcią stawiam na półce i nie wstydzę się czytać ich w autobusie :) Czy „Rywalki“ można zaliczyć do tego grona?

Zacznę może od początku - ponieważ nie recenzowałam pierwszych dwóch części, wypadałoby powiedzieć o nich kilka słów. „Rywalki“ oraz „Elita“ nie skradły specjalnie mojego serca, wciągnęły mnie jednak na tyle, że postanowiłam dokończyć serię. Były napisane lekko, interesująco, ze zwykłej ciekawości chciałam więc przeczytać trzecią część trylogii.

Trzeba przyznać, że seria miała potencjał - po przeczytaniu opisu z okładki spodziewałam się czegoś w rodzaju „Top Model“ w innych realiach, intryg, zdrad stanu i mnóstwa emocji. Niestety, nieco się przeliczyłam, bo wszystkie trzy książki wyglądały zgoła inaczej. Autorka skupia się na wątku miłosnym, w drugiej części pojawia się nawet znienawidzony, okropny, przewidywalny (i parę innych epitetów) trójkącik miłosny, przez który miałam ochotę rzucić książką w ścianę. Sama poprowadziłabym serię inaczej, ale cóż, nie wpadłam na pomysł fabuły przed Kierą Cass, zresztą to nie ona stworzyła streszczenia na odwrotach swoich powieści. Reklama robi swoje.

„Jedyna“ jest zwieńczeniem serii o Americe Signer. Dziewczyna pozostaje jedną z niewielu księżniczek w pałacu i wraz ze swoimi rywalkami czeka na wyrok księcia Maxona - zostanie królową czy wróci do domu? W międzyczasie buntuje się przeciwko królowi, poznaje rebeliantów, a jej związek z Maxonem rozwija się coraz intensywniej. Miałam wielką nadzieję, że w tej części coś się wreszcie wydarzy, dowiemy się więcej o rebeliantach, może odkryjemy jakąś porażającą tajemnicę... Niestety, pani Cass znów opiera książkę głównie na wątku miłosnym i rozterkach Americi. Wszystkie dystopijne wątki poboczne są dość skąpe, a postacie drugoplanowe niewyraźnie. Po raz kolejny wybija się idealny Maxon i trudna do zrozumienia America. Mimo że polubiłam głównych bohaterów, w pewnym momencie miałam ich już przesyt.

Język powieści jest dość prosty, żaden rozgarnięty czytelnik nie będzie miał z nim problemów, podobnie jak z fabułą. Niekiedy powieść staje się nawet nieco infantylna, a przynajmniej takie było moje odczucie - dialogi bywają toczone dziwnie, a połowy działań Americi w życiu nie zrozumiem. Denerwowała mnie też nieco jej nieporadność... Cokolwiek się nie działo, dziewczyna uciekała w popłochu; błagam, dajcie mi Katniss czy Hermionę, czy któraś z nich zwiałaby przed rebeliantami??? Maxon też nie popisał się inteligencją; kto stabilny emocjonalnie jest w stanie zmienić swoją decyzję o wyjściu za kogoś pięć minut po tym, jak niemal poematem wyznał mu dozgonną miłość?

Jak już wspominałam, akcji była dość mało, a jeśli już jakaś się pojawiała, mijała mi za szybko i bez zbytnich emocji. Nawet kulminacyjny rozdział nie dodał jej rozpędu, wszystko było opisane bardzo pobieżnie, lakonicznie. Spodziewałam się czegoś... no nie wiem, spektakularnego? Autorka popełniła bardzo częsty grzech - by nie opisywać po kolei wydarzeń, całkowicie wyeliminowała nas z walki, zamykając narratorkę w schronie. Oj, dajcie mi tu ją, a uduszę...

Książka oczywiście ma swoje zalety. Bardzo pięknie opisana jest w niej relacja dwójki ludzi, miłość Maxona i Americi pokazuje, jak stopniowo rozwija się uczucie do drugiej osoby. Jest nieco infantylna i bardzo baśniowa, dużo w niej sprzecznych deklaracji i działań, w gruncie rzeczy jednak rozczula. Nie jest to raczej mój typ romansu - zbyt prosty i niezbyt głęboki - znajdzie jednak na pewno swoich zwolenników. Ostatni rozdział niestety również mnie nie powalił, był taki... prosty, nieskomplikowany. Jakoś nie mogłam odnaleźć w nim tych emocji, które zazwyczaj towarzyszą mi w takich sytuacjach.

Powieść o Americe nie stanie na półce z moimi ulubionymi dystopiami, nie zajmie też wysokiego miejsca w rankingu ulubionych romansów. Na pewno jednak ją zapamiętam, bo choć była przewidywalna i momentami nieco banalna, skradła jakąś cząstkę mojego serca swoją naiwną bajkowością. Wciąż wolę Disneya, jednak na odmóżdżacz i powieść do poczytania (niekoniecznie do przemyślenia) „Jedyna“ nadaje się na pewno. Nie nastawiajcie się więc na górnolotną rozrywkę, lecz na miłe popołudnie w towarzystwie księcia Maxona ;)

Ocena: 3+/6

sobota, 3 stycznia 2015

"W śnieżną noc" - świąteczne opowiadania o miłości



Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle - "W śnieżną noc"

      Święta się skończyły, wraz z ich końcem przeminęła też świąteczna atmosfera. Choć w tym roku śniegu było niewiele, a kolędy zdawały się brzmieć jakoś rzadko, wszyscy będziemy wspominać te dni z rozrzewnieniem. Po powrocie do szarej codzienności na pewno nie raz zatęsknimy za rodzinną atmosferą, ciepłem kominków i pierniczkami (a zwłaszcza za pierniczkami). Nadeszła też pora na zakończenie przygody z książkami o tematyce bożonarodzeniowej.

„W śnieżną noc“ to zbiór opowiadań, których akcja toczy się w wigilijny wieczór. Książka łączy trzy opowiadania o miłości, miłości idealnej, romantycznej i niespodziewanej - iście świątecznej ;) Na okładce widnieją trzy nazwiska, lecz książka reklamowana jest głównie jako dzieło Johna Greena, znanego młodzieżowego pisarza, autora m. in. bestsellera i wyciskacza łez - „Gwiazd naszych wina“. Trzeba przyznać, że jest to dobry chwyt - większość wielbicieli książek tego autora (łącznie ze mną) kupiła „W śnieżną noc“ przede wszystkim ze względu na niego. Zresztą niedziwne - tożsamość dwóch pozostałych pisarek wciąż pozostaje dla mnie zagadką, nawet po wygooglowaniu i intensywnych poszukiwaniach na „Lubimy czytać“.

Wszystkie opowiadania są napisane w podobnym stylu - pierwszoosobowa narracja i dowcipny, młodzieżowy język dominują. Każde następne ma związek z poprzednim, co było dla mnie dość sporym zaskoczeniem i powodem lekkiej konsternacji. Wszystko dlatego, że postanowiłam umilić sobie Mikołajki lekturą i rozpoczęłam książkę opowiadaniem Johna Greena. Jakież było moje zdziwienie, kiedy natknęłam się na te same imiona dwa tygodnie później w opowiadaniu pierwszym! Główni bohaterowie oczywiście się zmienili, ale tak czy siak jak zawsze sama sobie nabruździłam.

Sama fabuła nie jest zbyt zaskakująca. W każdym z opowiadań niefortunna przygoda prowadzi do spotkania z miłością. Raz jest to awaria pociągu i kąpiel w przerębli, innym razem - samochód unieruchomiony w zaspie. W każdym przypadku świąteczna atmosfera sprawia, że dwójkę nastolatków zaczyna coś łączyć, trudno więc nie spodziewać się happy endu. Mimo wszystko książki nie są pozbawione akcji; dużo się dzieje, nie sposób wręcz oderwać się od czytania.

Co tu dużo mówić - opowiadania z pewnością nie są szczególnie ambitne czy oryginalne, zachwycają jednak lekkością czytania oraz przystępnym językiem, pełnym gier słownych i dowcipów. Można się przy nich pośmiać, wciągają do tego stopnia, że bawimy się wraz z bohaterami. Mają też jedną ważną cechę - emanują magią Bożego Narodzenia i pozwalają się zatopić w marzeniach. Ich lektura odrywa nas od świata nudnej, szarej rzeczywistości i zabiera w wigilijną podróż poprzez kolędy i śnieg, podróż, dzięki której zapominamy o smutkach i marzymy o rzeczach, które nawet nie przyszły by nam na myśl w inny dzień roku. Pokazują, że święta to ten szczególny okres, w którym znowu stajemy się dziećmi, a przede wszystkim, że czasem w ponownym byciu dzieckiem nie ma nic złego.

„W śnieżną noc“ uwodzi autentyczną, świąteczną atmosferą. Moim faworytem jest opowiadanie pierwsze; najsłabsza wydała mi się opowieść ostatnia. O dziwo, John Green nie popisał się spektakularnie, choć jego część książki również mi się podobała i bardzo mnie rozczuliła. Mimo mrozu polecam wam książkę gorąco, najlepiej czytaną w towarzystwie gorącej czekolady i świątecznych przysmaków! Daję 5+/6 ;)


środa, 24 grudnia 2014

Przedpremierowo: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii



      O piątkowym dniu mogłabym napisać wiele rzeczy - był wspaniały, emocjonujący, ale przede wszystkim bardzo długi. Za sprawą maratonu „Hobbita“ trwał aż 26 godzin i skutkował całą sobotą w łóżku, której w najmniejszym stopniu nie żałuję. W dzisiejszym tekście chciałabym się zająć przede wszystkim trzecią częścią trylogii, którą obejrzałam na ENEMF - ie w Multikinie.

To może od początku - nie wierzę, że uchował się ktoś, kto tego nie wie, ale trylogia ta powstała na podstawie „Hobbita“ pióra mistrza fantastyki, J. R. R. Tolkiena, i została wyreżyserowana przez Petera Jacksona, twórcę „Władcy Pierścieni“. Sama postać reżysera jest dość kontrowersyjna - można go albo kochać, albo nienawidzić, podobnie zresztą jak jego filmy, o które fani Tolkiena toczą od lat zażarte dyskusje.

„Bitwa Pięciu Armii“ to ostatnia, finałowa część trylogii opowiadającej o wyprawie Bilbo Bagginsa i kompanii krasnoludów do Samotnej Góry, po utraconą ojczyznę,honor i skarby. Akcja zawiera w sobie praktycznie dwa lub trzy ostatnie rozdziały powieści, przed pójściem do kina nie mogłam więc namyślić się, co też zostanie w niej ukazane. Okazało się, że na ekran została przeniesiona głównie ostatnia bitwa krasnoludów, fani siekania orków będą więc z pewnością zachwyceni.

Efekty specjalne, kostiumy, gra aktorska - w tej kwestii nie ma się co spierać, Jackson jak zwykle króluje. Wszystko jest przemyślane, nawet najdrobniejszy szczegół w scenografii zachwyca. Chociaż dominuje nagrywanie scen na tzw. greenscreenie i masa efektów przy scenach walki (przez które ma się czasem poczucie oglądania gry RPG), wizualnie „Bitwa Pięciu Armii“ zdecydowanie zachwyca. Jestem też pod wrażeniem plejady występujących w filmie aktorów - znakomity Richard Armitage jako Thorin, mistrz mimiki - Martin Freeman oraz chłodny i opanowany Lee Pace w roli Thranduila to tylko początek całej listy nazwisk, które należałoby podać, zaczynającej się od Cate Blanchet, a kończącej na Orlando Bloomie.

Na co więc tyle narzekań, o co wszystkie oskarżenia w stronę Jacksona? Problem wielu tolkienowskich fanów jest jeden - film nie jest prawie wcale zgodny z książką. Można się kłócić nawet z nazywaniem go adaptacją, bo zrobienie prawie 9 - cio godzinnej trylogii z 200 - stronnicowej powieści wymagało zdecydowanego rozszerzenia jej treści - pojawiają się sceny dodane przez reżysera, zaczerpnięte skądś motywy i wiele nawiązań do „Władcy Pierścieni“. Ba! Są nawet postacie od podstaw przez reżysera wymyślone, jak chociażby Tauriel. Osobiście mimo widocznych nieścisłości uważam, że nie ma na co narzekać. Co z tego, że takie rozszerzanie wątków było „leceniem na kasę“, jeśli wyszedł z tego naprawdę dobry film? Miał dostarczyć rozrywki i nieść ze sobą pewne wartości i funkcję tę jak najbardziej spełnił.

Oczywiście, gwoli ścisłości - pojawiają się błędy, niedociągnięcia, sceny niepotrzebne, a nawet głupie. Szczytem durnoty był dla mnie Legolas i jego antygrawitacyjne umiejętności (ten most spada? ach, wskoczę na górę!), zresztą Legolas w gruncie rzeczy był w filmie niepotrzebny. Orlando Bloom postarzał się, jego soczewki kłuły w oczy, a obcinania głów orkom było już wystarczająco wiele. Podobnie wątek Tauriel i Kilego był momentami nieco naciągany, ale raziło to zwłaszcza w „Pustkowiu Smauga“; w trzeciej części był dla mnie naprawdę przyjemny, prawdziwy i bardzo wzruszający.

„Hobbit:Bitwa Pięciu Armii“ ma jednak w sobie swojego rodzaju moc, siłę przebicia, którą miała też trylogia „Władca Pierścieni“. Być może jej nie dorównuje, ale niesie ze sobą ważne przesłanie, wiele emocji, strachu i wzruszeń. Mimo że czytałam „Hobbita“ wielokrotnie i doskonale wiedziałam, że będę musiała pożegnać się z niektórymi bohaterami, z kina wyszłam zapłakana i z lekka rozbita wewnętrznie. Nie mogłam uwierzyć, że żegnam się zarówno z postaciami, jak i aktorami (choć szczerze mam nadzieję, że „coś“ w tematyce „Śródziemia jeszcze kiedyś się na ekranach ukaże)! Podobały mi się sceny batalistyczne (tak, jestem kobietą), wątek szaleństwa Thorina, wspaniała muzyka Howarda Shore’a, a przede wszystkim ta nieuchwytna magia filmów Jacksona, to coś, co nadaje im tej niesamowitej atmosfery i sprawia, że przez kilka dni nie mogę przestać o nich myśleć.

Oficjalnie więc ogłaszam się fanką obu trylogii, polecam je wam gorąco i radzę traktować je na luzie, jako osobne filmy, a nie próbę odwzorowania dzieł Tolkiena, do której im bardzo daleko i których przecież odwzorować się niemal nie da ;) Cieszmy się magią świąt i nie kłóćmy o ilość CGI czy wątek miłosny! Polecam wszystkim raz jeszcze trzecią część trylogii, zarówno jako oddzielną świetną rozrywkę, jak i znakomity wstęp do „Władcy Pierścieni“, a tymczasem sama wybieram się jeszcze raz do kina, tym razem już w normalnej porze. Ciekawe, ile mi o tej 5 rano umknęło...?

Na koniec piękna piosenka Billy'ego Boyda, której słucham już po raz dziesiąty i wciąż przy niej płaczę: